poranek

– Jeśli świt ma coś z magii, bawi się czasem, miesza sen z jawą, to mroźny poranek ucina wszystko, natychmiast mówi zdecydowanie. Kilka godzin później trudno ująć w słowa ten moment, sen wydaje się nierzeczywisty, urywany. W podobnie urywany, nierzeczywisty sposób pije herbatę, którą przed nią postawiłem. A ze wszystkiego zostaje trywialna myśl, że najtrudniej było opuścić ciepła kołdrę.
Kołdra to zdradliwy sojusznik mówię z przekonaniem. Niby jest po twojej stronie, a nie broni przed porankiem. Nawet nie ogrzeje, bo się zsunie, ucieknie i tyle z niej.
To fakt, kiepsko grzała. Wyciąga do mnie lodowatą rękę. Nie wiem dlaczego nie ogrzała jej o filiżankę. Ale mówię sobie, że to ostatni raz, kolejny będzie lepszy, wystarczy że wreszcie przyjdzie słońce. Przyjemne poranki ucinają tylko noc. Już pierwszy promień wpadający przez szybę wyrywa ze snu, do spółki z budzikiem i uciekającym rano czasem.
The morning belongs to the nightThe morning belongs to the day nucę z pamięci, przeskakując kilka wersów. O poranku zawsze traci się kilka wersów.

szósteczka

Komisarz ledwie się zorientował, że właśnie padła szósteczka. Tyle, że nic z tego nie wynikało. Ale co szósteczka to szósteczka. Niejeden powiedziałby: miło. Foma nie. Foma nic na ten temat nie mówił. Choć kątem oka zauważał.

Das Wohltemperierte Klavier

Komisarz Foma nawet próbował czasem stuknąć w klawisze, ale niewiele z tego wychodziło. Więc przestawał, bo po co? Po chwili palce jednak znowu lazły do klawiatury, niepomne wcześniejszych niepowodzeń. Gdzieś musi tkwić problem, gdzieś musi być odpowiedź przekonywał się Foma, wykazując niezwykłą wiarę w przyczynę, skutek i wyjaśnienie. Coś musi być z czymś nie tak podsumował komisarz, zrzucając na to coś wszystkie niepowodzenia. Ale zaraz potem, żeby nie dać powodu do zarzutu, że nie zrobił nic, postarał się o nową klawiaturę. Piękną. Niecodzienną. Niezwykłą.
I odtąd wszystko miało być w najlepszym porządku.

pędempodynię

Przedawno cie nie było mówię zdziwiony na widok Gaji. Nawet nie wiem kiedy ostatnio. Nawet nie wiem czy wypada szukać w pamięci tego ostatniego spotkania.
Ja też nie wiem zdejmuje płaszcz i przewiesza przez oparcie krzesła. A nie było, bo nie bardzo mam kiedy być. Dziś się udało, wyjątkowo.
Kiwam głową ze zrozumieniem. Trochę widać, że wyjątkowo. I że bez przygotowania. Ale czy jest potrzeba o tym wspominać? Nie.
Naszła mnie ochota na dynię to zajrzałam mówi i tylko trochę luzuje szalik. Nawet się nie zrobiłam przed wyjściem.
Byś się robiła, byś zdążyła tylko do sklepu, bo w połowie drogi tutaj z okna krzyczałoby życie, że zupa, zadanie domowe, pranie się skończyło i trzeba powiesić stwierdzam jakbym był specjalistą od dyń, makijażu i prac domowych. I widział związek z ochotą na dynię i pojawieniem się w barze.
To fakt zgadza się Gaja. Ale inne się robią, wyglądają i mają czas na wszystko.
Jak ktoś za bardzo zrobiony, to nienaturalność aż piszczy mówię z przekonaniem. Nie jestem fanem zbyt daleko idącego makijażu i innych tego typu czarów. Mam wrażenie, że razem z jakimiś tam niedoskonałościami zniknęła cała osoba.
Wolałabym być nienaturalna niż pod stosem prasowania i zadań do sprawdzenia rewanżuje się Gaja.
Taka karma odpowiadam, choć nie mogę nie przyznać jej racji. Przyjmujesz ją albo się szarpiesz. A w ogólnym rozrachunku te zrobione mają godzinę zmywania makijażu wieczorem, a ty masz dynię.  I możesz z niej zrobić zupę na drugi dzień.
– Zupa z dyni sama się robi
stwierdza krótko Gaja.
– No widzisz. Tylko grzanki dorobić i śmietanę kupić po drodze
.
Po drodze, albo w międzyczasie, dzieje się ostatnio większość życia.