Tu jest intryga

Kradzież wyższego rzędu

Rozdział I

Komisarz Foma zastanawiał się, czego mu jeszcze brakuje, by w pełni sportretować swoje zmęczone oblicze. Tekst w najnowszych „Konceptach i receptach” domagał się ludzkiej twarzy, oczu autora, w które czytelnik będzie mógł spojrzeć i, bez tracenia czasu na lekturę kilku paragrafów, uznać, czy warto poświęcać trzy kwadranse na zgłębianie problematyki nieregularnego dudnienia wsobnego sprawcy, upchanej na dalszych stronach.

Po chwili namysłu Foma uznał, że brak mu odrobiny wstydu, koniecznego do okazania za przesyłane wcześniej do redakcji ochłapy, odgrzewane sensacje i słowne szermierki na niby. Komisarz poklepał się po kieszeniach, przeszukał biurko i pojemne regały z aktami, jednak nigdzie go nie znalazł. „Kiedy ja go ostatnio używałem?” zastanawiał się, ale nijak nie mógł sobie przypomnieć. W sumie nic dziwnego, komu chciałoby się obciążać pamięć nieprzyjemnymi wspomnieniami. Lepiej wspomina się sukcesy, pochwały, podziękowania czy urocze samozadowolenie, jednak w dłuższej perspektywie ukazanie od czasu do czasu ludzkiej rysy na mundurze było całkiem wskazane.

Sprawa zaczynała wyglądać absurdalnie. Niby brak wstydu przestał być ostatnio czymś wstydliwym. Wielu z mniej i bardziej znanych obywało się bez niego znakomicie, a bezwstydnicy i ekshibicjoniści budowali nowy, kolorowy świat, Foma poczuł się jednak z tym, a raczej bez tego, źle. I to nie tylko dlatego, że czegoś mu brakowało.

Wiedział, że wstyd nie ulotnił się sam, ktoś musiał go ukraść. Komisarz nie zwykł gubić rzeczy osobistych. Oczywiście wstyd nie był wartością najpilniej strzeżoną, ale zawsze to coś własnego. Było mu źle i głupio, bo przecież nie wstyd. Należało działać, zanim redakcja „Konceptów i recept” upomni się po raz kolejny po dawno zamówiony i obiecany tekst.

Rozdział II

– Łowczy, ja z oczywistych względów nie jestem obiektywny, dlatego ty przejmujesz sprawę – komisarz Foma przekazał pani aspirant najbardziej priorytetowe zadanie. – Zupełnie się mną nie sugeruj, rób wszystko po swojemu, użyj takich metod, jakie uznasz za najlepsze. Traktuj mnie jak normalnego poszkodowanego. No, takiego prawie normalnego – na wszelki wypadek zastrzegł ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ T ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ U ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ M ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ i ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ A ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ Ł ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ A ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ M ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ I ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ E ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ j ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ s ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ C ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ E ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ Z ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ u ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ c ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ H ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ w ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ A ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ Ł ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ a ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ K ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ R ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ A ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ d ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ Z ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ i ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ E ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ż ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ aspirant Łowczy otarła spocone czoło. Wstyd leżał tam, gdzie wskazał przyciśnięty przez nią sprawca.

Epilog

Komisarz przyglądał się swojemu zdjęciu przy tytule. Przykuwało uwagę. Chyba podobnie myślał redaktor wydania, bo tekst o dudnieniu wsobnym był jednym z pierwszych, jakie napotykał czytelnik. Ale mimo to, że pod artykułem Foma dziękował aspirant Łowczy za nieocenioną pomoc, to miał wrażenie, że kradzież wstydu nie była jedyną, która go dotknęła. I że ta nieujawniona również dotyczyła wnętrza, a była zdecydowanie zuchwalsza i dotkliwsza.

Lost minute vol.2

Komisarz Foma odcyfrowywał swoje notatki sprzed kilkunastu dni, kiedy to zmuszony był zawiesić niecodzienne śledztwo. Niestety czas sam nie rozwiązał zagadki traconego czasu i trzeba było ponownie zaangażować się w poszukiwania. A właściwie szybko wskazać palcem winnych, odczytując im krótką oskarżycielską sentencję, a czytelnikom – jeszcze krótsze wyjaśnienia.

***

Foma zrobił w drzwiach miejsce wychodzącej kobiecie. Jej przyspieszony oddech, nieobecne i rozszerzone oczy świadczyły o tym, że już przeniosła się do obiecanego jej edenu. Komisarz starał się ustalić, która z obecnych na sali osób doprowadziła ją do takiego stanu.
– Jaka zadowolona klientka… – rzucił siadając naprzeciw opalonego czterdziestolatka w koszuli w czerwone palmy. – Pełnia rozanielenia jeszcze przed wyruszeniem z domu.
Palmiasty szybko poprawił zadowoloną, nieco służbową, nieco urlopowo rozrzewnioną minę.
– A my zakwitamy jej szczęściem – dodał, by dopełnić wizerunku dbającego o swoich klientów, wzorowego pracownika biura podróży.
– Pławimy się w nim wręcz. Wraz z nią… – dorzucił zza pobliskiego stolika jego sąsiad. Podobny do pierwszego, ale w koszuli w delfiny.
– Podziwiamy, jak oblewają ją fale spełnienia…
– Jak nurkuje w syropie słodyczy…
– Jak wypływa, ciesząc oczy rozpościerającym się wokół rajem…
– I jak ponownie zagłębia się w oceanie spokoju…
– Poza czasem, pośpiechem, kalendarzem… – sprzedawcy przerzucali się coraz to bardziej kuszącymi wizjami.
– Aż za którymś razem się nie wynurzy – dorzucił Foma.
– Tu pan przesadził – spoważniał delfiniasty.
– Tylko trochę – komisarz był gotów na kompromis. – Kilkoro z państwa klientów miało wszak nieprzyjemne wypadki. Gazety łaskawie przemilczały nazwę biura, ale uważny obserwator mógł się domyślić.
– Bardzo przykra sprawa. Udzieliliśmy poszkodowanym wszelkiej pomocy… – plamiasty przejął inicjatywę.
– Wysyłając przy okazji na zwolnione przez nich miejsca nowych mieszkańców raju… – komisarz jakby czekał na okazję do tej uszczypliwej uwagi.
– Szkoda było zostawiać puste apartamenty.
– I od razu się znaleźli chętni na zastępstwo… – ciągnął Foma.
– Pan coś insynuuje?
– Nie lubię tego określenia – uśmiechnął się komisarz. – Wolę mówić o wyjaśnianiu wątpliwości.
– A pan jest z prasy, że pyta pan o takie szczegóły? Rzadka ostatnio cecha wśród żurnalistów.
– Z policji. Komisarz Foma – komisarz podsunął mężczyznom swoją legitymację. – Bardzo interesująco się z panami rozmawia, aż żal kończyć.

***

Komisarz tylko straszył końcem rozmowy. W rzeczywistości trwała ona jeszcze długo i pozwoliła odpowiedzieć na niemal wszystkie pytania.
Mimo opalenizny sprzedawców, biznes turystyczny pokazał swoje nowe, mroczne oblicze, rzucające cień na słoneczne plaże. Znalezienie klienta, zachęcenie, wysłanie, zapewnienie atrakcji i odstawienie zadowolonego do domu, kiedyś w pełni wystarczające, obecnie coraz częściej wymagało sprezentowania ekstra bonusu – wolnego czasu, by ten ktoś mógł się oddać urlopowemu wytchnieniu. Wszak ci, których stać na wypoczynek, nie mają kiedy wypoczywać. Szukanie lost minute wyparło last minute. A że pula czasu jest niezmienna, danie jednym oznacza konieczność zabrania drugim.
Motyw był ustalony, sprawcy też nie zaprzeczali popełnieniu zarzucanych im czynów. W planie śledztwa komisarza Fomy pozostawało jeszcze ustalenie środków, za pomocą których wykradano wolny czas poszkodowanym i miejsce jego magazynowania. Niestety, na te pytania rozmowa ze sprzedawcami nie dała odpowiedzi. W ramach rekompensaty zobowiązali się jedynie do sprezentowania poszkodowanej niezapomnianego tygodnia w prawdziwym raju. W dowolnym terminie. Wolny czas był do dyspozycji. Przy odrobinie szczęścia, nawet jej wolny czas.

Lost minute vol.1

Komisarz Foma tracił kolejny dzień w poszukiwaniu czyjegoś straconego czasu. Dotychczasowe śledztwa przyzwyczaiły go już do ulotności tropów, niematerialności dowodów i zmienności motywów sprawczych. Tym razem jednak nie było nawet tych efemerycznych cząstek, z których można by utkać akt oskarżenia, zabezpieczyć podkradane dobro i odzyskać to, co zginęło. Czas niewiadomym otworem wypływał i nie wiadomo gdzie się gromadził. Co gorsza, nie było wiadomo, kto mógł być za to odpowiedzialny. I dlaczego.
Komisarz zresztą nie był pierwszym, któremu przyszło zmierzyć się z tym wyzwaniem. Do prób uszczelnienia wypływającego czasu wzywano już służby komunalne, sanepid, straż pożarną i znajomego hydraulika, nie wspominając o zewnętrznym audycie i kontroli skarbowej. Wszak czas to pieniądz, a zmniejszony wymiar czasu to uszczuplone dochody do budżetu. Niestety, jak dotąd nikt nie był w stanie rozwiązać owej zagadki. Panta rhei mawiali już starożytni, i ta prawda jak ulał pasowała do obecnej sytuacji. Z tym zastrzeżeniem, że tempo odpływu było zastraszające.
Czas poszukiwań nie był jednak całkiem stracony. Fomie udało się wykluczyć z kręgu podejrzeń najbliższych znajomych poszkodowanej. Sprawdził też miejsca i ludzi, z którymi mogła mieć do czynienia w ostatnim okresie. Ten kierunek robił wrażenie obiecującego. Ponadto życiowa uwaga Pani Ali, że w związku z gorącym początkiem lata każdy dałby wszystko, by znaleźć teraz wolną chwilę i wyjechać nad wodę, podsunęła Fomie dodatkowy trop i umocniła wiarę w ostateczny sukces. Wolny czas nie był chyba nigdy dobrem tak deficytowym jak obecnie, ale grupa tych, którzy czynią zakusy na czyjeś wolne chwilę tylko pozornie wydawała się długa. W rzeczywistości w grę wchodziła tylko jedna branża. 

(ciąg dalszy)

Dieta-cud czyli rejterada

I

Komisarz Foma był zaskoczony tak gwałtownym rozwojem sytuacji. Strumień przekazywanych zawiadomień, ze względu na specyficznie rozumianą właściwość merytoryczną i brak realnej możliwości umiejscowienia przestępstwa, wzmagał się z każdą godziną. Jakby każdy komisariat wiedział, że jeśli a to tylko do b. Foma zastanawiał się, czy był to efekt odgórnych wytycznych, czy też świadectwo branżowej samopomocy.
Do tego dochodził międzynarodowy aspekt sprawy. Krajowe zdarzenia zdawały się być jedynie niewielkim elementem globalnej akcji. Tyle tylko, że w przeciwieństwie do spekulacji krajów OPEC czy odprysków amerykańskiego krachu na rynku kredytów subprime, polscy obywatele i firmy zaatakowani zostali świadomie. A celem globalnego ataku była aż jedna czwarta ludności sytego Zachodu. Ta odchudzająca się jedna czwarta.

Sekwencja zdarzeń wyglądała następująco. Za początek należało uznać chwilę, gdy do amerykańskich gazet i portali zaczęły masowo zgłaszać się poszkodowani czytelnicy serwisów żywnościowych. W jednej chwili stosowane przez nich diety uznane zostały za niewłaściwe, oparte na błędnych założeniach i nieskuteczne. Drugiego dnia nie można już było znaleźć ani jednej strony, na której nie znalazłyby się wątpliwości czołowych dietetyków i to prezentujących różne filozofie odżywiania i odchudzania. Nie można było zweryfikować, czy myślą tak naprawdę, czy też zostali zmanipulowani. Pojawiły się nowe diety, stare znikły i nie dawało się ich przywrócić, a zaprezentowane zamienniki tylko wzmagały chaos.
Z racji innych nawyków żywieniowych, europejska społeczność przywitała zdarzenia za oceanem jako źródło żartów, nie odnosząc ich skutków do siebie. Wkrótce miało się okazać, że schadenfreude Starego Świata to stan przejściowy. Trzeciego dnia szybkim atakiem, według podobnego schematu, zdobyta została Wielka Brytania, co jeszcze dawało się wytłumaczyć  więzami językowymi i kulturowymi. Potem jednak podbity został świat romański, a zaraz za nim dietetyczny blitzkrieg doprowadził do kapitulacji niemal cały internet germańskich grup językowych. Pełzająca kolonizacja trwała i obejmowała swoim zasięgiem coraz to nowe obszary.
Polska wraz z Estonią, była ostatnim miejscem, gdzie można było znaleźć w internecie dotychczasowe zalecenia oraz przygotowane przez fachowców diety.
Skuteczny konserwatyzm Polski i doktryna nasza chata z kraja święcił triumfy. Obciążenie serwisów przekraczało ich możliwości techniczne, a rozsiani po świecie tłumacze języka polskiego mieli pełne ręce roboty. Do czasu. Przedmurze padło i fala rozlała się po wschodnioeuropejskich stepach.

II

Zebranie grupy operacyjnej prowadził sam Szef. Mimo to komisarz Foma zastanawiał się czy połączone siły jego Biura, Zespołu ds przestępczości internetowej i Biura Prasowego są wystarczające do skali zjawiska.
– Panowie – Szef zdawał się nie zauważać, że obok Fomy siedzi Pani Ala, a naprzeciwko niego pilnie podkomisarz Jatka, koordynująca działania informacyjne. – Co prawda nikt nie oczekuje od nas, że wyjaśnimy zagadki całego świata, ale coś powinniśmy zrobić na naszym podwórku. – Szczupła sylwetka Szefa wyjaśniała nieco jego dystans do sprawy. – Mamy jakieś analogiczne zdarzenia z przeszłości?
– Nie na taką skalę, nie z tej samej półki, ale są pewne interesujące przypadki – Pani Ala sięgnęła po rozłożony przed nią plik notatek. – Kilka lat temu w Austrii pozmieniane zostały formularze podatkowe, które na swojej stronie internetowej udostępniło ministerstwo finansów. Każdy korzystający z nich miał wykazaną bardzo wysoką nadpłatę. Zanim odkryto manipulację większości podatników przelano wyliczoną w formularzach kwotę. Odzyskiwanie należności trwało ponad dwa lata.
– Bardzo pomysłowe – mruknął pod nosem nadkomisarz Kliczko, przewodzący od pół roku Zespołowi ds. przestępczości internetowej. – Kto był za to odpowiedzialny?
– Do dziś nie wiadomo na pewno. Podejrzewano pewną kancelarię podatkową, ale nic nie udowodniono, a śledztwo stanęło w martwym punkcie.
– Ciekawy przykład, ale bardzo lokalny – przerwał Szef. – Były jakieś akcje transgraniczne?
– Niedawno w rejonie Pacyfiku miał miejsce zabawny przypadek. W systemie rezerwacji biletów pozmieniano godziny koncertów jakiegoś boysbandu i część publiczności – Pani Ala widziała oczyma wyobraźni tłumy rozkrzyczanych nastolatek – przyszła za późno. Podobno doszło nawet do rozruchów.
– To wszystko? – na Szefie nawet girlsbandy nie robiły większego wrażenia.
– Są jeszcze jakieś notatki prasowe, ale z brukowców, bez potwierdzenia przez miejscowe służby. – Pani Ala zaczęła składać leżące przed nią papiery w jeden stosik.
– Dobrze. Zajmijmy się zatem oceną tego co mamy tym razem. Doktor Pieterczewski z Wyższej Szkoły Gastronomicznej – szybkim ruchem ręki Szef przesunął wzrok zebranych w kierunku ubranego w lniany garnitur czterdziestolatka o wyglądzie boksera wagi superciężkiej – przeanalizował na moją prośbę pozostawione przez sprawców przepisy i zalecenia. Panie doktorze, proszę o pana spostrzeżenia.
– Na początku chciałem podziękować za zaproszenie. Przyznam, że zwróciłem uwagę na sprawę,  gdy zamieszanie występowało po tamtej stronie Atlantyku. Zabawne, wydało mi się, że choć nie zmieniła się wartość odżywcza, to prawdziwej rewolucji uległa lista produktów, do których należało sięgać.
– To znaczy? – przerwała Jatka.
– To znaczy, że aby odchudzający się nowojorczyk mógł skompletować wskazaną w przepisie listę, powinien pojechać do Wietnamu i zahaczyć o Afganistan. Przy tym niemieckie specjały, którymi powinno się uzupełnić dietę to pryszcz.
– Nie można było sięgnąć po inne przepisy? Inne metody?
– Oczywiście wskazano warianty, ale z informacją, że mogą powodować niepożądane działania.
– I powodowały – westchnął Foma. – Senność, którą niwelowało tylko pływanie w basenie z chlorowaną wodą. Ogromne pragnienie, które ustępuje tylko po wypiciu beaujolais nouveau
– Skąd beaujolais nouveau w kwietniu? – zdumiała się Pani Ala.
– Właśnie, skąd. Przy obecnej modzie niewiele dotrwało – przyznał Pieterczewski. – W innych krajach było podobnie, tylko zmieniły się kierunki poszukiwań.
Zebrani w gabinecie w pełni potrafili wczuć się w bezradność zaskoczonych ludzi. Czuli się podobnie bezradni.

III

– Nie zastanowiło cię, że za każdym razem odsyłano ludzi zupełnie gdzie indziej? Na coraz to inny bazar – spytał Fomę nadkomisarz Kliczko, kiedy po kilku godzinach opuszczali gabinet.
– Zastanowiło. Próbowałem wypracować jakiś schemat, jakąś zależność – komisarz zastanawiał sie, czy po tak długim zebraniu lepszy będzie red bull czy kilka rundek dookoła budynku. Rzut oka na zegarek rozstrzygał sprawę. Było już tak późno, że w grę wchodził tylko spacer. – Jedyne, co mi przyszło do głowy – ciągnął Foma – to, że umieszczone w danym państwie przepisy pochodziły z takich regionów, które kiedyś zostały przez ten kraj najechane. Wojna, okupacja, te sprawy… A im dłużej i bardziej krwawo, tym teraz większa zależność dietetyczna.
– Ja to mgliście kojarzyłem z niechęcią i poczuciem wyższości – przyznał nadkomisarz, który znajomość historii powszechnej opierał głównie na opisach z gier strategicznych. – Ale komu chciałoby się śledzić historię konfliktów dla takiej rzeszy krajów?
– Oj, są tacy zapaleńcy. Davis, Standage, Herodot…
– Ale Davis pisał tylko o Europie! – Obok często odwiedzanego przez Kliczkę regału z grami komputerowymi wisiała lista bestselerów książkowych. – Chociaż kto wie…
– Podejrzewasz Davisa?
– Bez przesady. Ale może powinniśmy rozejrzeć się wśród historyków?
– Jaki mogliby mieć motyw? – Foma nie był przekonany.
– Na przykład jakiś globalny instytut pamięci – zgadywał Kliczko. – Integracja międzynarodowa nabrała takiego tempa, że może już przyszła pora na wspólne grzebanie w brudach. A że do swoich grzechów podchodzi się zawsze jak do jeża, to wymyślono nową bratnią pomoc.
– Trudno w to uwierzyć. Gdyby tak było, to Amerykanom wpychanoby indiańskie korzonki i tortillę, a Niemcy i Francja miałyby teraz najbardziej urozmaicone menu – komisarz był bardzo sceptyczny.
– Może masz rację. Widziałem niedawno baner do strony o prawach człowieka. Iran, Białoruś, Kuba. Słowem o Uzbekistanie, Pakistanie, nie wspominając o Rosji czy Chinach.
– Chińska kuchnia i tak jest popularna… To o co innego może im chodzić? – Telefon od Szefa uwolnił komisarza od samodzielnego szukania odpowiedzi na to pytanie. Nie uwolnił jednak od samego szukania. Kilka nowych informacji sprawiło, że zaplanowane na rano kolejne spotkanie grupy operacyjnej miało się odbyć już za pół godziny.

IV

– Panowie – rozpoczął Szef, tym razem nie lekceważąc żadnej z pań, bo wieczorna narada przebiegała w mocno przerzedzonym gronie. – Poprosiłem was, bo trzeba skończyć z tą sprawą. Ciągnie się, przykuwa uwagę, angażuje siły, a i tak nie ma widoków na złapanie kogoś za rękę.
Foma z Kliczką spojrzeli zaskoczeni sobie. Tego się po Szefie nie spodziewali. Choć z drugiej strony ślepa uliczka, w której się znaleźli, wymagała odważnych i niekonwencjonalnych działań, na które stać było niewielu.
– Jakie są szanse, że kogoś złapiemy w najbliższym czasie? – Szef zaczął od ustalenia najważniejszego.
– Niewielkie – przyznał nadkomisarz Kliczko. – Chyba że sprawca sam się do nas zgłosi i do tego przyniesie ze sobą sporo mocnych dowodów, bo sądy na podstawie samego przyznania się nie chcą już skazywać. A przypisanie sobie takiego zamieszania to smakowity kąsek dla początkującego hakera. Musiałby jeszcze wytłumaczyć dlaczego. I czy to była akcja wzorowana, czy część międzynarodowej kampanii.
– Lepiej, żeby była wzorowana – wtrącił Foma –  nikt nie będzie wymagał od nas wkładu do swoich krajowych poszukiwań. Oczywiście przy założeniu, że sprawca sam się ujawni.
– Słyszałem, że w Stanach i Belgii było już kilku samozwańców, ale odpadli po przesłuchaniu wstępnym – Kliczko podzielił się ostatnimi wieściami.
– Właśnie. O międzynarodowej współpracy też chciałem porozmawiać – Szef skierował rozmowę na główne tory. – Przyszły do mnie wstępne ustalenia z kilku krajów. Błądzą we mgle tak samo jak my. Oczywiście proszą o wszelkie informacje, które popchną ich śledztwa do przodu. Gdyby tylko ktoś je miał…
– Może gdyby rzeczywiście zebrali się w jednym miejscu wszyscy prowadzący śledztwa u siebie, coś by się znalazło – zasugerował komisarz Foma.
– To zrobiłyby się z tego kolejne narody zjednoczone albo posiedzenie parlamentu Unii. Tylko nie bardzo wiadomo, kto zapłaciłby za tłumaczy – utrącił pomysł Szef. – Nikomu nie chce się w to bawić. Może Francuzi byliby skłonni, bo zabolała ich sugestia, że niemieckie parówki mogą być lepsze od ich niby najlepszej w świecie kuchni. Ale to ich problem. Naszym jest zgrabnie skończyć z tą szopką.
Komisarz wraz z nadkomisarzem nie zamierzali się sprzeczać. Zadanie było jasne. Już po godzinie Jatka miała zrąb komunikatu do mediów.

Epilog

Wspierana siłami słuchaczy szkoły policyjnej operacja „Jo-jo” dobiegła końca. Stos postanowień o umorzeniu postępowania i wpisaniu go do rejestru przestępstw przez kilka następnych dni to zmniejszał się, to zwiększał na zmianę. Po tygodniu ciężkiej pracy udało się jednak zadowalająco odchudzić szafę z aktami sprawy.
Serwisy żywieniowe powróciły do starej, dobrej formy, choć część zaserwowanych przez hakerów przepisów pozostawiono jako dowód przynależności strony do grona wielkich i ważnych w branży.
W eter poszła, być może prawdziwa i podsycana następnie przez zaprzyjaźnionych z Jatką dziennikarzy, informacja o zmasowanym lobbingu producentów biopaliw, którzy dzięki zamieszaniu na giełdach towarowych mogli o wiele taniej kupić niewystępujące w dietach oleje.
A bliskość lata i perspektywa paradowania w stroju kąpielowym sprawiała, że słowo „dieta” wciąż znajdowało się w czołówce zapytań w internetowych wyszukiwarkach.

Cięcie

Rozdział I 

Komisarz Foma przyglądał się zwisającym z powały linkom. Było ich osiem. Każda cienka, choć wyjątkowo wytrzymała. Na każdej widniał ślad szybkiego cięcia. Najprawdopodobniej tego samego. Poprowadzonego szybkim ruchem. Ryzykownego, bo bez możliwości szybkiego przejścia do obrony, na co uczulał Fomę leciwy mistrz szermierki Jaime Astarloa. Mogło to oznaczać cięcie emocjonalne, pełne pasji, widowiskowe, lecz bez uwzględnienia skutków ewentualnego przeciwnatarcia, albo pozorowane cięcie wyznaczające pole.
Foma nie bardzo wiedział co o tym myśleć. Przywiódł go tu wierszowany anonim:

Ranionych w boju muszkieterów parę,
Los w łaskawości katu dawał w rękę.
Stojąc wśród boju z dumą i sztandarem,
Wybrali jednak samotności mękę.
Umknęli kaźni, w której hańba darem,
Lecz to wątpliwą przyniosło podziękę.
Chcesz oddać hołd im, pomknij dotknąć liny
Jaka oplotła ich bez żadnej winy.

Oktawa. Liczba lin się zgadzała. Najbardziej przykuwała uwagę komisarza druga z szeregu, o zaskakująco marnej jakości. Użycie jej wydawało się zupełnie nie na miejscu, dlatego od niej komisarz rozpoczął oględziny. Był przekonany, że to ona musi stanowić klucz do zagadki.
Foma pobrał pęsetą kilka włókien z miejsca cięcia. To samo zrobił badając pozostałe. Potem rozejrzał się po salonie. Na dywanie czerniło się kilka kropli zaschniętej krwi. Niewielka ilość kazała przyjąć, że raczej pierwszej niż ostatniej.
Po ranionych muszkieterach nie było ani śladu. Brakowało też niemal całej reszty zwykłego wyposażenia tego typu miejsca. Komisarz nie mógł się opędzić od myśli, że wielkie pustki w domu uczyniono celowo. To co pozostało, wyglądało jak po trzęsieniu ziemi.
Fomę nurtowały teraz dwa pytania: czy zrobiono to przed czy po opisanym zdarzeniu? I kim byli muszkieterowie? Przypadkowymi świadkami? Napastnikami? Ofiarami? Najemnymi żołnierzami?
Komisarzowi nie pozostało nic innego, jak sięgnąć do źródeł i wytężyć operacyjną wyobraźnię.

Rozdział II

Komisarz tonął za stosami książek. Pani Ala co chwilę donosiła kawę i świeżą lekturę. W większości były to wyszukane przez nią fragmenty tekstów o szermierce, wojskowości, ciesielstwie, pleceniu lin. Nie zabrakło też powieści historycznej spod znaku płaszcza i szpady. Między woluminami przechadzały się oddziały ołowianych muszkieterów, które aspirant Podhalański przyniósł z domowych zbiorów, by bardziej mogli wczuć się w oplatającą ich historię.
– Szefie, czego my właściwie szukamy? – Podhalański miał już dość intelektualnego skupienia i chciał pogadać.
– Zamka do drzwi z Odpowiedzią – odparł zamyślony komisarz, porównując ryciny z traktatów szermierczych Luisa Pacheco de Narvaez i  Salvatora Fabrisa. – Klucz znaleźliśmy w oktawie, w drugiej linii, pamiętasz? – aspirant nie wyglądał na przekonanego, dlatego Foma wyprostował się na dobre.
– Już to omawialiśmy – komisarz przeciągnął się i spojrzał porozumiewawczo na Panią Alę, która postawiła na stole kolejne trzy filiżanki kawy. – Znaleźliśmy ślady wskazujące na więzienie dwóch osób. Ilość i rozmieszczenie lin każe przyjąć, że obaj mieli skrępowane ręce i nogi, ale w tak przemyślny sposób, że każda lina dowiązana była do jednej kończyny. Wisieli jak długaśne bombki na choince. To wszystko plus oktawa prowadzi do jednego. Byliśmy świadkami szczególnej formy postępowania, które, ze względu na sekretny charakter, musi być uznane za proces inkwizycyjny.
– Nie może być – Pani Ali trudno się było z tym pogodzić, a Podhalańskiemu trudno było powtórzyć.
– Może – na Fomie reakcja współpracowników nie zrobiła większego wrażenia. – Nie mamy tylko pewności, według jakiego kodeksu. Czy był to niemiecka Carolina (Constitutio Criminalis Carolina, 1532) czy francuski Code Marillac, 1629, czy też bardziej od nich szlachetne przepisy Świętego Officium z uwzględnieniem lokalnej specyfiki – przed oczami komisarza stanął jak żywy zgarbiony profesor, wpisujący mu zwyczajowe 3 plus z historii prawa sądowego, a aspirant zamknął oczy, by nie widzieć kroczącej Karoliny, za którą ciągnięto na linach biednych muszkieterów, od których czuć było lokalne specyfiki.
– Ale coś musimy ustalić – zauważyła trzeźwo Pani Ala.
– Tak – Foma chyba czekał na taką reakcję. – Jako że według niejakiego Dumasa,  muszkieterowie mieli na pieńku z kardynałem de Richelieu, zacząłbym od procedury francuskiej. Co prawda ten Dumas często zmyśla, ale coś trzeba wybrać.
Komisarz zepchnął łokciem obsadzoną przez muszkieterów palisadę starodruków. Gdy opadł bitewny kurz zaczął kreślić na nim strzałki i krzyżyki.
– Postępowanie z muszkieterami wskazuje, że mogli być  złapani na gorącym uczynku – Podhalański poczuł ulgę, że znajduje się wśród tych łapiących, a nie łapanych, choć w Policji jak dotychczas złapał tylko alergię na kurz. – Podejrzani zostali aresztowani i, jak każe tradycja i przepis, poddani torturom.
– Boże drogi! – Pani Ala żałowała w takich chwilach, że opuściła przytulne archiwum. – Tortury? Teraz? Przecież ONZ tego zakazała w jakiejś konwencji.
– I co z tego? – komisarz nie dał się zakneblować gadaniem o prawach człowieka. –  De Richelieu w życiu nie słyszał o Narodach Zjednoczonych, a o torturach wręcz przeciwnie, i był o nich najlepszego zdania.
– Czyli ten szwarc, szwarc to on? – jąkanie Podhalańskiego świadczyło, że się wzburzył.
– Szwarccharakter? Chyba nie, ale na pewno to nie była płotka. – Przerażony wzrok Pani Ali sprawił, że Foma przestał lustrować najwyższe szczeble administracji i sądownictwa. – Spokojnie, szukanie odpowiedzi na to postaramy się zrzucić na prokuraturę.
Aspirant i Pani Ala stracili ochotę do sporów o pryncypia i słuchali w milczeniu.
– Nie wiemy czy muszkieterowie zostali zwolnieni, przeniesieni gdzie indziej czy może odbici – komisarz zdawał się kończyć orację. –  Tu jednak pomogą nam chłopcy z laboratorium kryminalistycznego! – kurz na biurku znowu się wzniósł, jakby owi chłopcy pędzili już z wieściami co koń wyskoczy. – Wystarczy tylko, by odpowiedzieli na jedno pytanie: jaką bronią przecięto liny? Czy był to wojskowy rapier czy dworska szpada.

Rozdział III

Komisarz Foma czytał opinię z laboratorium kryminalistycznego:

(…) Analizie poddano osiem linek znalezionych na miejscu zdarzenia. Uwzględniono m.in. materiał, z którego zostały wykonane, splot, udźwig, sposób przymocowania, sposób przecięcia oraz obecność obcych środków chemicznych. (…)
Analiza z dużym prawdopodobieństwem wyklucza jednoczesne przecięcie wszystkich ośmiu lin. Ułożenie krawędzi włókien oraz stopień ich postrzępienia, jak również pozostawione drobiny metalu pozwalają na przyjęcie założenia, że liny były skracane w trzech fazach:
a) pierwsza – samodzielne zerwanie drugiej liny z szeregu, wykorzystując jej marną jakość [wytrzymałość o połowę niższa niż pozostałych siedmiu],
b) druga – długotrwałe przecinanie pierwszej liny,
c) trzecia, składająca się z co najmniej dwóch etapów – niedbałe odcinanie osobno każdej z pozostałych sześciu lin, a następnie wyrównanie wszystkich jednym cięciem, gdy liny były już nieobciążone.
Badania metaloznawcze pozostawionych drobin każą przyjąć, że do przecinania lin użyto dwóch różnych narzędzi. Skład chemiczny znalezionych drobin i stopień poszarpania włókien z dużym prawdopodobieństwem pozwalają uznać, że wykorzystano białą broń historyczną. (…)

Opinia, choć tradycyjnie niczego nie przesądzała, rzucała zdecydowanie nowe światło na sprawę. Po pierwsze, muszkieterów trzeba było szukać wśród żywych. Po drugie, najprawdopodobniej sami się urwali. Po trzecie, mimo, że urwali się sami, to ktoś musiał im pomóc, m.in. zapewniając dostęp do broni. I po czwarte, to wszystko nadal nie wyjaśniało, kto zadał sobie tyle trudu, by w tak przemyślny sposób zniewolić muszkieterów.
Odpowiedzi na pytania: kto pozbawił muszkieterów wolności i kto im pomógł ją odzyskać, najłatwiej było znaleźć zadające je bezpośrednio muszkieterom, skoro wciąż żyli. Trzeba tylko było ich znaleźć. To wyzwanie od początku sprawy pojawiało się w głowie komisarza jak mantra i już trochę go denerwowało. Do szukania muszkieterów Foma wyznaczył Podhalańskiego. Aspirant nieraz już udowodnił, że znakomicie porusza się wśród ciemnych przejść, późnych pór, zakamarków, schodów, wind. Pani Ala ostrzegała nieraz, by strzegł się tych miejsc, na co Podhalański tylko uśmiechał się z pobłażaniem. Teraz już bez uśmiechu wycisnął z Dumasa kilka szczegółowych informacji i ruszył w teren. Pani Ala zacisnęła kciuki. Komisarz zacisnął sznurowadła. Jego też czekało zagłębienie się w mroczny świat za drzwiami komendy.

Rozdział IV

Komisarz Foma patrzył na zbliżającego się aspiranta. Gospoda „Pod czerwonym gołębnikiem” cieszyła się wątpliwą sławą i komisarz wolał mieć przy sobie zwalistą postać Podhalańskiego.
– To pewne, że są w środku? – zapytał Foma, gdy aspirant wszedł w krąg światła rzucanego przez czerwony lampion w kształcie dorodnej gołębicy.
– Według Dumasa powinni być.
Siedzący w środku wykidajło nawet nie starał się ich zatrzymać. Bez przeszkód dotarli do baru, za którym stała maturzystka, w skąpym stroju kojarzącym się z Czerwonym Kapturkiem.
– Szukamy muszkieterów – aspirant darował sobie rozpoznanie i wstępne przymilanie się .
– Dawno ich tu nie było – Kapturek za barem uśmiechnęła się, czy to do wspomnień, czy to do stojących przed nią funkcjonariuszy.
Foma spojrzał z wyrzutem na Podhalańskiego, którego wzrok uciekał przed komisarzem. Dłoń komisarza przesunęła się pieszczotliwie po opartej o bar dłoni Czerwonego Kapturka, pozostawiając w niej kilka banknotów.
– Odkąd odeszła od nas Milady, przestali tu bywać. Prawie nie interesowały ich pozostałe dziewczyny… – z głosu dziewczyny wynikało, że ona nie należała do tej nieinteresującej większości.
– A dokąd odeszła? – Mimo, że pytanie zadał komisarz, dziewczyna popatrzyła wymownie na aspiranta. Wyglądało to tak, jakby uznała komisarza za obsłużonego.
Podhalański zaczął przetrząsać kieszenie. Jednak albo Czerwony Kapturek wiedziała niewiele, albo kieszenie aspiranta były zbyt płytkie, dowiedzieli się jedynie, że u Milady przed jej odejściem często bywali Francuzi. A potem znikła bez słowa.
– Gdzie teraz idziemy? – zapytał Podhalański, gdy zamknęły się za nimi drzwi gospody. Był przybity niesolidnością swojego informatora.
– Do Wydawcy – komisarz wcale nie wydawał się przejęty. Wręcz przeciwnie, był raczej zadowolony z przebiegu wizyty. Gdy tylko stracili z oczu gołębicę oświetlającą wejście do gospody, zatrzymał się pod inną kolorową latarnią i analizował notatkę sporządzoną przez Panią Alę. Usłyszany rano żart o kluczowej w pewnym śledztwie analizie fusów z kawy spowodował, że o wiele poważniej zaczął rozważać mistyfikację. Czy to zupełną, czy też częściową. Wcześniej tylko ją dopuszczał jako jeden z hipotetycznych wariantów, teraz przyjął za równie uprawnioną jak kidnaping. W efekcie  decydowanie poszerzył się krąg rozpatrywanych wątków, sprawdzanych faktów i skojarzeń oraz historycznych analogii. Dlatego po rozmowie z Kapturkiem Foma wykreślał z listy Pani Ali niektóre nazwiska i miejsca, inne zakreślał lub stawiał przy nich sobie tylko znane symbole.
– Po co nam ten Wydawca? – dla aspiranta entuzjazm przełożonego był tak samo niezrozumiały jak stawiane przez Fomę dopiski na kartce.
– Z kilku powodów. Po pierwsze kolekcjonuje broń i zna się na szermierce. Po drugie ma największy znany zbiór oktaw i zobowiązał się poszperać w nich. I po trzecie, mieszka obok, a nam by się przydało wypić coś mocniejszego, bo zmarzłem.
***
Widać było, że Wydawca przygotował się na przybycie gości. Na policjantów czekał już samowar i pękata, ceramiczna butelka, a obok na stole leżało kilka książek z wystającymi zakładkami.
Usiedli w staroświecko urządzonym pokoju. Przez okno widać było wybrukowaną ulicę, tonącą powoli w marznącym powietrzu.
Wydawca zajmowała połowę piętra w niezwykle cenionym przez wybrednych klientów pensjonacie „Pod rozbrykanym konikiem”. Podhalański zauważył, że zamiast potulnego wierzchowca, wiszący nad wejściem herb przedstawiał atakującego kopytami ogiera i nieobojętną na niego klacz.
– Dziękuję za interesującą zagadkę – rozpoczął gospodarz zaraz po tym, jak komisarz przedstawił mu swojego podwładnego. – Dawno nie spotkałem się z tak śmiałą parafrazą i to czego! Oktaw kardynalskich!
Podhalański ozdobił twarz zdziwionym spojrzeniem, dlatego Wydawca podał mu jedną z przygotowanych książek i rozpoczął wyjaśnienia.
– To krótki zbiór wierszy, częściowo przypisywany kardynałowi de Richelieu, miał je zebrać podczas oblężenia La Rochelle. Niektóre zapewne napisał sam kardynał, ale sporo z nich to karczemna poezja. Oktawa, którą dostałem od was w oryginale brzmi tak: 

Świeżo po walce muszkieterom paru,
Los w łaskawości wino dał do ręki.
Gdy szybkim bojem, tłumnie, bez sztandaru,
Zdobyli karczmę, wrogom czyniąc męki.
Ci, choć umknęli, nie zabrali baru,
Dając zdobywcom powód do podzięki.
Bo jak z zabawy zrezygnować można
Kiedy się sama pcha jak gęś do rożna.

Roześmiali się i opróżnili szybko napełnione przez gospodarza szklanice.
– Nie upierałbym się przy tym, że napisał ją sam kardynał – ciągnął Wydawca. – Raczej jakiś muszkieter-żartowniś. Sentencję o oplatającej linie zapożyczono z innej, anonimowej oktawy, nie z Oktaw kardynalskich, ale z tego samego okresu. Zresztą o bardzo interesującym tytule: Skarga na uwięzienie kobiet, słońc żołnierskich nocy.
– Czy można ustalić, jak stara jest ta przeróbka? – przerwał Foma. Analiza źródeł zawsze przyprawiała go o przyjemne podniecenie.
– Trudna sprawa. To albo świeża robota, albo wariant z epoki Richelieu. Drugi wers nawiązuje do listu kardynała do jednej z jego zaufanych agentek, w którym wyraża żal, że nie wszystkie problemy może rozwiązać równie szybko i sprawnie jak Los, który w swej łaskawości katu daje w rękę tych, co stoją mu na drodze. Dopiero niedawno znaleziono i opublikowano te listy, dlatego raczej obstawiłbym, że oktawa ma najwyżej kilka tygodni. Bo inaczej trzeba by przyjąć, że oktawę przerobiła Milady.
Komisarz wcale nie wykluczał działania Milady. Zastanawiał się jednak, jak informacje od Wydawcy mogą pomóc w znalezieniu zaginionych muszkieterów. Aspiranta trapiły podobne wątpliwości.
– Chyba jak dotąd wiele wam nie pomogłem – Wydawca domyślił się, co wyrażają twarze słuchaczy. – Co do broni, tu też pewnie nie przebiję chłopaków z kryminallabu. Jednak czytając o sposobie cięcia lin przypomniało mi się, że był u kardynała gwardzista, nie pamiętam nazwiska, który nie brał pardonu. Pokonanym podcinał gardło krzyżując im na gardle rapier i lewak, i zaciskając je  jak nożyce. Straszny rzeźnik, ale bardzo ceniony przy specjalnych zadaniach.
– Tak dałoby się łatwo przeciąć nieobciążone linki… – Foma starał się dopasować tę hipotezę do wszystkich potencjalnych wyjaśnień intrygi. – Ale to wcale nie przybliża nas do znalezienia muszkieterów i tego, kto im zafundował tą wątpliwą przyjemność.
– Kto wie. Może w swoim czasie się przyda – gospodarz nie tracił pogody ducha. – Rapier z lewakiem to ostatnio popularna para.
– Gdzie popularna? – Podhalański niecierpliwie czekał na takie konkrety.
– Wielu znajomych kolekcjonerów dostało propozycję sprzedaży takiego zestawu. Ja też.
– Dobra cena? – wypalił aspirant.
– Bardzo przyzwoita…
– Kto chciał kupić?
– Chwilkę, mam list z propozycją.
Wydawca na moment zniknął w drugim pokoju. Wracając przeczytał szybko napisany odręcznie list i złożył go tak, by widoczny był tylko nagłówek i kilka pierwszych linijek.
Dumas i Syn. Zagadka i spełnienie… – komisarz Foma cedził powoli sylaby. – A to drań! Od początku wodził nas za nos.

Epilog

Nowa dzielnica czerwonych latarni od początku sprawiała wrażenie znakomicie przemyślanej i kompleksowo zorganizowanej. Drobne lilijki ścigały się z wizerunkiem białej broni na wywieszonych proporcach, a na przybysza co chwilę czekała nowa atrakcja, zwykle w miłym towarzystwie Konstancji Bonacieux lub innej dwórki królowej.
Muszkieterów znaleźli w czwartym z rzędu przybytku. Siedzieli w milczeniu nad winem, po którym puste butelki stały w karnym szyku, niby francuskie oddziały przed bitwą pod Rocroi. Obok nich, z głową opartą na blacie, spoczywał bez ruchu ozdobiony szramami brunet.
– Jest i trup – zauważył komisarz Foma, dodając ten szczegół do długiej już listy powodów, przez które czuł się jak marionetka w reklamie dla dorosłych. Zaliczył już do nich wiszące na ścianach Oktawy kardynalskie, zarówno oryginalne, jak i otrzymaną przeróbkę, ryciny ukazujące wiszących żołnierzy, opis krzyżującego cięcia, przewijający się co chwilę ozdobny motyw urwanej liny, okłamywanie Podhalańskiego. Najbardziej bolało jednak coś innego. Wyszukany drzeworyt, wykonany z wszystkimi wymogami sztuki, na którym dwóch królewskich strażników rozgląda się bezmyślnie dokoła, nie widząc leżącego u ich stóp muszkietera w objęciach niekompletnie ubranej kobiety. Dół strony zajmował krótki napis: Znajdź nas wcześniej niż policja. Wnioskując z ilości spotkanych osób i ich uśmiechów, wielu znalazło.
Komisarz z aspirantem przysiedli się do muszkieterów. Niemal natychmiast podeszła do nich Milady, stawiając na stole kryształową karafkę i dwa puchary, do których przelała prawie połowę  rubinowego płynu. Foma spojrzał pytająco na muszkieterów, ale ci uspokoili go skinieniem głowy.
– Możecie mi powiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi – komisarz założył, że muszkieterowie też nie czują się jak bohaterowie.
– Głupia sprawa – odparł młodszy z nich. – Daliśmy się wciągnąć w nie swoją akcję. Miała być krótka draka, a zrobiło się z tego cała kampania.
– I co gorsza, nie dało się z tego wyplątać – dodał starszy.
– Miałem wrażenie, że z rozplątaniem daliście sobie radę. Takie ładne cięcia… – komisarz nie mógł darować sobie złośliwości.
– No, tu choć było trochę zabawy – muszkieterowie uśmiechnęli się do siebie. – Pół dnia sprawdzaliśmy która para się szybciej urwie. My czy ten rzeźnik do spółki z innym gwardzistą.
– Kto był lepszy? – zainteresował się Podhalański
– Jak to kto? Królewscy górą! Trochę się przy tym poszturchaliśmy, ale powinno się dać szybko posprzątać.
– Już posprzątano. Trzech techników z laboratorium kryminalistycznego miało co robić przez  pół dnia.
– O cholera – chwilowe rozbawienie przeszło muszkieterom w jednej chwili.
– No właśnie. To kto to wymyślił i po co? – komisarz chciał jak najszybciej zamknąć sprawę.
– Dumas z Milady – widać było, że młodszy z muszkieterów czuł w sobie potrzebę wyrzucenia z siebie doznanego upokorzenia.
– I jeszcze ten pijar… – dodał starszy.
– Zakonnik? – Podhalańskiego po raz kolejny zaskoczył rozmach przedsięwzięcia.
– Tego nie wiem. Nie pokazywał się, ale stale o nim wspominali.
Kręcąca się po sali Milady zbliżyła się do nich z szerokim, nieco kpiącym uśmiechem.
– Już pan wszystko z nich wyciągnął, komisarzu?
– Sporo.
– Czyli niewiele znaczące szczegóły. Proszę wybaczyć, że zabawiliśmy się pana kosztem, ale nowoczesny marketing rządzi się swoimi prawami – Milady usiadła obok Fomy, napełniając mu opróżniony kielich. – A my potrzebowaliśmy dobrego motywu przewodniego przy reklamowaniu naszych usług. Pana pogoń za muszkieterami była strzałem w dziesiątkę.
– Przy okazji poświęcając w ofierze powagę Państwa? – w komisarzu obudził się nagle uśpiony na co dzień honor urzędnika państwowego.
Milady uśmiechnęła się jeszcze szerzej i wyjęła zza gorsetu złożoną na czworo kartkę papieru.

Z mojego rozkazu i dla dobra Państwa właściciel tego dokumentu uczynił to, co uczynił.
3 grudnia 1627
Richelieu

Komisarz machnął zrezygnowany ręką na dalsze wyjaśnienia. Kolejny dowód na potwierdzenie przewrotności Dumasa był mu zupełnie niepotrzebny.