Patchwork zlatopramenski

Komisarz Foma szybko przygotowywał dla Wydawcy kolejne fragmenty powieści, którą od tygodni żyła petersburska ulica:

(…) Tuż po południu do drzwi gabinetu dr Fomy zapukał niejaki Zenowiew, wysokiej rangi funkcjonariusz miejscowej milicji. Co sprowadzało tak zadowolonego dotąd z życia człowieka do skromnego doktora? Z czego pragnął się leczyć? A jeśli nie o medyczną poradę chodziło, to czego szukał w lekarskim gabinecie? I czy koniecznie musiał to być gabinet dr Fomy? Pytania kłębiły się jak wełna u stóp kołowrotka.

Czy prawdziwym powodem był wewnętrzny niepokój, który od dłuższego już czasu nie dawał mu zasnąć? To prawda, Zenowiew czuł, że jego życie nie przebiega normalnie. Ból istnienia mieszał się ze świadomością, że gdzieś w świecie istnieje Czarna Dziura i nie tylko. Ale Czarna Dziura wiruje wszak wokół głów połowy nadbałtyckiej populacji, a żaden inny jej przedstawiciel nie zapukał dotąd do gabinetu doktora-specjalisty od wyprowadzania z błędu i obłędu. Musiało zatem chodzić o coś innego, o to postczarnodziurowe „nie tylko”.

Co ciekawe dr Foma borykał się ze świadomością, że w każdej chwili może nastąpić koniec świata. Koniec wyglądający tak, albo nawet inaczej. Dlatego też bez trudu wyczuł zbliżającego się gościa i jego stan. Przybrał dobrze wyważony, kamienno-otwarty wyraz twarzy, poprawił ulotki, recepty i przetarł dobrze wykrochmaloną chusteczką swoje, stale opadające na czubek nosa, okulary. W spokoju wysłuchał nerwowego trzykrotnego stuknięcia do drzwi i doskonale opanowanym głosem zaprosił Zenowiewa do gabinetu.

– Obywatelu doktorze – rzucił na wejściu Zenowiew – czy nakarmił pan już swoje strachy?

– Moje strachy od dawna są na diecie – odparł dr Foma, sztywniejąc.

– Niech na zdrowie im wyjdzie smak soi- zakończył wymianę haseł milicjant, wyjmując z kieszeni munduru granatowo-zieloną kartkę ze złotymi literami i wizerunkiem ośmioramiennej gwiazdy.

– Obawiałem się, że kiedyś nastąpi ten dzień – przez ściśnięte gardło powiedział doktor, wyjmując z kieszeni fartucha taką samą granatowo-zieloną kartkę, tyle że z literami w śnieżnej bieli i z trzema ośmioramiennymi gwiazdami. Czuł, że pewien świat już zaczął się kończyć.

Teraz, zarażony przez doktora niepokojem, przestraszył się Zenowiew, ale lata milicyjnego fachu pozwoliły mu szybko opanować swoje emocje.

– Obywatelu doktorze, nie cieszy się pan na mój widok?

– Szczerze mówiąc, a do szczerości jestem zobowiązany w obliczu tej granatowo-zielonej karty – zastrzegł dr Foma – miałem nadzieję, że pan, ani nikt inny mnie nie znajdzie.

– Jak mogłem pana nie znaleźć, kiedy na zewnątrz wisi tabliczka z napisem: Dr Tymoteusz Foma, specjalista leczenia zranionych dusz i wyprowadzania z obłędu? – zapytał równie szczerze funkcjonariusz.

– No tak, przeoczenie – przyznał samokrytycznie doktor.

– Proszę nie mieć do siebie pretensji – milicjant pospieszył z pocieszeniem. – Pana mosiężna tabliczka to był ostateczny drogowskaz, wcześniej prowadziła mnie żarząca się gwiazda na tej oto karcie

– Jako mogłoby być inaczej – westchnął dr Foma. – A czy można wiedzieć skąd pan ją ma?

– Wręczył mi ją osobiście Hosse de la Olá – ze szczerą dumą przyznał Zenowiew. – Czyżby się pan czegoś obawiał, że tak się pan wypytuje obywatelu doktorze?

– Owszem, podobno szuka mnie jakiś zagraniczny policjant.

– Zagraniczny policjant? – zdziwienie funkcjonariusza nie było w pełni przekonujące.

– Zna go pan? – doktor znowu się przestraszył.

– Znam wielu zagranicznych policjantów – milicjant odparł wymijająco.

– Cóż, nie do końca wiem, czy mogę panu wierzyć, ale w obliczu zlatopramenskiej karty i powitalnej inkantacji, muszę służyć za przewodnika.

– Obawy? Pan ma obawy? To ja obawiałem się czy istnieje strażnik „Zlatopramenskiej księgi Jóż” – wykrzyknął Zenowiew, wspominając swoje brzemię zwątpienia.

– Musi istnieć, by nie dopuścić do niekontrolowanego końca świata – skwitował krótko doktor.

– Niekontrolowanego? – milicjant nie mógł powstrzymać się od powtarzania słów doktora. – A to jest jakaś różnica jaki koniec przyjdzie?

– Oczywiście. Koniec świata jest zbyt poważną sprawą, żeby pozostawić go bez kontroli – dr Foma bezwiednie zaczął mówić miękkim głosem lekarza od prostowania błędów. – Mam nadzieję, że zdaje pan sobie sprawę, czym naprawdę są Joże?

– Ja miałbym nie zdawać sobie sprawy? – oburzył się Zenowiew.

– Proszę się nie oburzać ani burzyć. Podtrzymujące i grzejące świat Wielkie Drzewo Żarówkowe i tak jest zagrożone destrukcją.

– Ma pan rację, obywatelu doktorze, lepiej przejdźmy do Rzeczy – rzekł Zenowiew.

– Słusznie, przejdźmy – odrzekł dr Foma i skierował swe kroki do drzwi. Przykleił do nich od wewnątrz, kupioną w pobliskim sklepie z drobiazgami, okolicznościową tabliczkę z napisem Wszelkie wizyty odwołuje się aż do odwołania i zamknął je na klucz.

Rzecz, czyli „Zlatopramenska księga Jóż” nie mogła znajdować się zbyt daleko od gabinetu. Kilka kroków od niego Zenowiew zaczął odczuwać jej magnetyzującą obecność. Szybko mijali place, uliczki, zaułki… Po kilku minutach dr Foma wskazał milicjantowi niewielkie drzwi do antykwariatu, nad którymi, na angielską modłę, wisiał kawałek chromowanej blachy ze starannie wymalowanym  drzewkiem o idealnie okrągłej koronie w soczyście zielonym kolorze.

W środku nie było nikogo. Doktor pewnie podszedł po pudełka z podręcznikami dla studentów psychiatrii i, na chwilę zapominając o towarzyszu, dla czystej przyjemności obcowania ze wspomnieniami młodzieńczych, studenckich lat, jął przerzucać kolejne woluminy. Doran Quak, Zenzius, Gro van der Baach… Do każdego z nich czuł szczególną sympatię. Każdemu wiele zawdzięczał. Po chwili znalazł to czego szukał – reprint „Zlatopramenskiej księgi Jecze”. Przez tytułową stronę, zasłaniając nieco czerwonego smoka, grającego w warcaby z brązowym wężem, przebiegała dedykacja: Gdy letnia trawa wiosenną zastąpi, zieleń świata się wszystkim widzącym pogłąbi.

– Pogłąbi? – przeczytał przez ramię dr Fomy Zenowiew.

Jakby czekając na tak zdziwionym głosem wypowiedziane zaklęcie, jeden z regałów wsunął się w ścianę, ukazując obu mężczyznom niewielką skrytkę w podłodze, wyłożoną granatowym aksamitem. Na jej dnie, w takim samym granatowym kolorze leżała „Zlatopramenska księga Jóż”.

Doktor powstrzymał schylającego się do niej milicjanta i sam, klękając na oba kolana, podniósł ostrożnie Rzecz. Momentalnie dookoła zrobiło się ciemno, okna przysłoniła nieprzepuszczającą jakiekolwiek światło błona. Po chwili ciemność zniknęła. Wnętrze pomieszczenia oświetlał, zdobiący okładkę zlatoprameńskiej księgi, wizerunek Wielkiego Drzewa Żarówkowego (…).

 

Komisarz nie miał wątpliwości. Znalazł to, czego, nie tylko jako czytelnik, szukał.

Reklamy

38 comments

  1. ‚Makijaż zapewne rozmazał się pod wpływem ciepła wydzielanego przez Wielkie Drzewo Żarówkowe…’

    Trrrroszeczkę się rozmazał… Głównie dla potrzeb komentarza z 10:20… 🙄

  2. To chyba znaczy , że ten komentarz Basi był licencjonowany (licentia poetica) 😉
    Może to też oznaczać, że Wielkie Drzewo wcale aż tak mocno nie grzeje 😉

  3. Sprawa makijażu basi wielce podejrzana, a koncepcji z tym związanych bez liku. Oto kilka z nich:
    a) basia przed przed napisaniem komentarza robi zwykle makijaż, a po napisaniu – zmywa go
    b) komentarz w jakiś sposób spowodował, że dotychczasowy makijaż okazał się niewłaściwy, i trzeba było postarać się o inny
    c) basia oskarża dr Fomę o ukryte wady kosmetyków do makijażu
    d) basia uważa, że dr Foma działa rozmazująco na makijaż
    e) basia jest uczulona na żarówki
    f) …
    😉

  4. Stała się Rzecz zadziwiająca: ulica petersburgska zaczęła żyć kolejnymi trzema odcinkami powieści, których to odcinków ani nie napisano jeszcze, ani nie trafiły do wydawcy…

  5. i łzy Basi z makijażem, jako żywo
    kap, kapały prosto w…kufel
    rozcieńczając przednie piwo 😉
    Nie na temat:
    ps. kto na Śląsku tak pięknie gra w nogę, że „Arka-Gdynia” wygrała z „ktosiem” 4:0 w ub. niedzielę? Koszykarze? 😯

  6. aa to nie wiem komisarzu,bo specjalnie na mecze nie chadzam tylko słyszę potworne ryki, jak szczekanie tysiecy pittbulli,odglosy ze stadionu, który tu za lasem jest.Honor zwracam piłce śląskiej 😳

  7. Ale o stadion w Chorzowie w sieci walczyć będę, jak o własny kawałek podłogi.
    Słowo babki, którą „Arka” wygryzła niegdyś z pięknego leśnego stadionu, gdzie raz do roku babka zawody konne organizowała na 120 koni. 😆

  8. Wszystkie koncepcje nt makijażu wirtualnego b są równie prawdziwe.
    Za wyjątkiem, że rano się piwa nie pija… jeszcze… nawet wirtualnie… 😦 😉 😀

  9. a/Jisi chvalen Fomo( znaku specjalnego nie wstawię! Trudności subiektywne), ale też się napiję przed snem 😆

    /b makijaż Basieńki wg. mnie wirtualny jest, bo łatwo go zmienić natychmiast.Ostatnio modny blada twarzyczka, lekki róż na kości policzkowe i „niedokończone oko” na złoto.
    c/ Wy to macie dobrze Panowie, taka oszczędność czasu !!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s