trzy tuziny krówek ciągutek
Styczeń 5th, 2012 § 18 komentarzy
Jako młody kajtek, razem z dwoma starszymi kuzynami, spędzałem całe lato na wsi. We trzech dzieliliśmy swoje pomysły i strachy.
Czasem trafiała się nam do podziału garść, dwie garście, albo i pół worka cukierków. Różnych. Raczej zwykłych, bliższych kukułkom czy galaretce w cukrze niż czekoladowym pralinom. Niby smaki z dzieciństwa zostają na całe życie, te jakoś nie wryły się w pamięć. Co nie znaczy, że były kiepskie. Czasem były, czasem nie, ale to akurat bez znaczenia. Ważne, że ile by tych cukierków by nie było, dzieliliśmy je po równo na nas trzech. Czasami trzeba było dać innym po kilka w ramach podzięki albo zachęty na przyszłość. Najczęściej szły na to niepodzielne końcówki, z którymi trzeba było coś zrobić, albo zaczynało się od większej ilości kupek, by po trzech-czterech kolejkach rozkładania po wszystkich dokładać cukierki tylko na trzy nasze. Zwykle jednak każda ilość była postrzegana w ten sam sposób: ile z niej przypadnie dla mnie, gdy całość podzieli się przez trzy.
Trzydzieści sześć to równo trzy tuziny krówek ciągutek. Po tuzinie dla każdego. Niech będą krówki, bo teraz są i wtedy były na pewno. A nawet jeśli przemycam do historii wymyślone krówki, a naprawdę potrzebna mi ich nazwa, charakter, ciągutkowość, cokolwiek to znaczy, która przecież tylko z krówkami, nie zmienia to faktu, że trzydzieści sześć zgrabnie dzieli się przez trzy i wynikiem jest okrągły tuzin. W tym jednak przypadku na mnie przypadają wszystkie trzy tuziny. Dzieli się wszak przez tyle ile jest, a konkretem jest trzydzieści sześć i ja. Trzy jest jedynie wspomnieniem. Jak krówka przywołanym jedynie po to, by spełnić swoją rolę w wymyślonej historii bez początku, końca, bohaterów i konkretów.
Rezygnując z niewyraźnej całości i zagłębiając się w szczegóły, konteksty, metki i daty odkrywa się, że coś, co odległe jedynie o przymknięcie oczu, było aż tak dawno temu, a ostatni rok właściwie niczego nowego nie przyniósł, choć przecież przyniósł na pewno. Między tym co wtedy, a tym co teraz wisi most, zadziwiający w swojej zmieniającej się długości. Tak jak połowę krówki która trafiła do ust, a jej drugi koniec, trzymany delikatnie w palcach, żeby nie rozgnieść, łączy ciągnący się most z karmelu, który tylko patrzeć jak spadnie pod swoim ciężarem.
Trzydzieści sześć mostów wtrąca La. Nie możesz po prostu powiedzieć, że tęsknisz za tym co było i że było tak dawno? mówi. Nie, nie mogę odpowiadam. To by było zbyt proste.
Człek kończy trzydziechę i cały już czas po tym moście łazi licząć, że się nie zawali.
Dlatego nie warto tyć, bo czasem mosty nie wytrzymują obciążeń.
Kopa zgrabnie też się dzieli na trzy a wynikiem jest okrągła sztyga
żeby kaźda kolejna krówka smakowała! niekoniecznie tak samo.
a są krówki, które nie smakują?
może za dużo krówek nie smakuje, ale nie jedna. co nas sprowadza do wielości smaków, z których trzy tuziny będą jednak bardziej wystarczające niż trzy sztygi, bo do kopy jeszcze kupa czasu i warto dbać o linie, bo się jeszcze przyda
(ufff, powiązać trzy w jednym..)
Jedyne krówki, jakie popieram, to te, które mówią muuuu. Nie przylepiają się, palców nie brudzą, plomb nie wyciągają. No, może nie budzą jakichś szczególnych wspomnień, ale w pewnych kontekstach można to potraktować jako zdecydowaną zaletę.
To się nazywa dobry wpis na początek roku . A ja?
Najpierw siliłam sie na podsumowanie, które rozbabrane legło w kącie jak wszystko inne w minionym roku.
A teraz?
Ehhh nie jest lepiej
Ale będzie. Na pewno będzie, skoro kiedys było
obawiam się, że jak tak dalej pójdzie, to może to być ostatni wpis w tym roku…
podsumowania są dobrze przy butelce wina. a jak wino się kończy trzeba podsumowanie zabrać ze stołu razem z kieliszkiem
Wspomnienie dzieciństwa… Gdy ja sobie na nie pozwolę, to ogarnia mnie żal. Żal, że byłem taki grzeczny. :/
A krówki mi się obecnie bardziej z Polską kojarzą, niż z dzieciństwem. Gdy koleżanka (Ukrainka) przyniosła do pracy (w Niemczech) ciągutki (z Polski), to czułem, jakbym kawałkiem mej ojczyzny był częstowany.
Czego oczywiście nie należy z rozbiorem kojarzyć.
ojczyzny w czasach globalizacji. o tyle byliśmy w dzieciństwie ubożsi. albo bogatsi, zależy jak patrzeć. proca z drzewa za śmietnikiem to zupełnie inna bajka niż proca made in china
co sprowadza nas do jakże nieodkrywczego wniosku, że tak naprawdę nie żałujemy nie tego co zrobiliśmy, ale tego do czego zrobienia zabrakło kiedyś odwagi (nie mylić z przyziemnym wnioskiem, że może i dobrze
co doprowadza nas do miłego momentu przywitania nowego gościa w tym jakże spokojnym przybytku
Widzieliśmy się u innych, w końcu zawitałem do Ciebie. I znowu żałuje… Że dopiero teraz.
tak, końce zwykle obfitują w wydarzenia…
Obawiam się, że jak tak dalej pójdzie to i “polskie” krówki będą made in china :/
Wtedy sama sieza produkcję zabiorę
Póki co chyba kupięsobie wino, bo mnie coś też weny brak czy to podsumowującej czy innej
Tempora mutantur… etc. Jest czas żałowania tego, czego się nie zrobiło z braku odwagi i bywa czas dziękowania Panu B., że tej odwagi zbrakło. Bo nie zawsze chce się robić tylko rzeczy mądre, słuszne i wiekopomne. Czasem ma się okropną ochotę zrobić okropną głupotę. Żałować, że się jej nie miało odwagi doprowadzić do skutku? Hmmm…
po owocach głupotę poznacie. a skoro do czegoś nie doszło, owoców nie widać, więc i ocenić trudno. skąd wiedzieć czy głupota, okropna głupota, niegroźna głupota, chwilowa głupota, głupota odwracalna albo wręcz nie-głupota? oczywoście, można budować modele, snuć scenariusze, hipotezy i wersje alternatywne, ale zawsze będą to tylko prawdopodobne modele, scenariusze i wersje. nawet jak kopną, to nie zaboli, jak nie boli wirtualne trzęsienie ziemii czy sztorm (hmmm, czy aby na pewno nie boli?
)
kupienie sobie wina, a nawet wypicie wina jest dobre niezależnie czy wena jest czy nie ;]
O! To ostatnie właśnie uczyniłem.
I ta kwestia wina to na pewno nie jest głupota. Tysiące Greków nie mogło sie mylić świętując Dionizje
akurat co do zbiorowej mądrości Greków to ostatnio są spore wątpliwości… i jak sobie pomyślę, to chyba w życiu nie piłem greckiego wina!
Ja piłem i właśnie dlatego mógłbym się podpisać pod niejakimi wątpliwościami dotyczącymi zbiorowej mądrości Greków.
Jednak zdecydowane bardziej odpowiada mi zbiorowa mądrość Francuzów, a nawet Argentyńczyków.
Choć z drugiej strony, każdy naród wniósł coś do skarbnicy… etc. Jeden pomysł na imprezę, drugi napitki, trzeci zakąski, czwarty pieśni biesiadne. Więc może już nie ma co tak szczegółowo tych narodów rozliczać. Grunt, żeby impreza była udana.