Hat-trick

Komisarz Foma zaskoczony przyglądał się zestawowi pytań egzaminacyjnych. Przy jednym z nich znalazł swoje młodzieńcze opowiadanie, które lata temu wysłał na konkurs w jakiejś gazecie. Bez efektów.

Bezradność, odwaga, heroizm – czy tylko człowiek jest do nich zdolny? Odpowiedz na to pytanie, opierając się na opowiadaniu „Grzybule” K. Fomy.

 

Swego czasu wszystkie grzyby miały kapelusze niezwykle barwne i wymyślne, i obnosiły się z nimi jak jelenie porożem w czasie godów. Co chwila też starały się zmieniać je na nowe i bardziej strojne, mimo że każda grzybia rodzina miała własny wzór i barwy, i nie daj Boże wyprzeć się swoich. Ale jednak coś tam było można, i w ramach tego poszerzanego co i raz marginesu moda i próżność kwitły. Nieraz, gdy spojrzało się z góry na grupkę grzybów na pikniku czy przy rodzinnej  kolacji, można było pomyśleć, że komuś rozlały się farby, albo że jakieś szkiełka odbijają się w słońcu. Osiedla grzybów były najpiękniejszymi miejscami w lesie i żaden z pozostałych mieszkańców leśnego runa nie mógł się z nimi równać. Wywoływało to nieraz kłótnie i spięcia, a nawet niewybredne pogróżki pod adresem grzybów. Te jednak niewiele sobie z nich robiły, zajęte swoją urodą i strojem. Ale do czasu.

Tak się jakoś bowiem złożyło, że grzyby oprócz pięknych kapeluszy miały wspaniały, rozchodzący się szeroko zapach, a podobno i smak. Co prawda nikt z  mieszkańców lasu grzybów nie jadał, więc nie było to takie pewne, ale zaczęły pojawiać się w nim różne obce stwory, które za nic miały sobie leśne zwyczaje, w tym i ten, żeby się wzajemnie nie zjadać ani nie przeganiać. Zaś najgorszym z tych stworów był człowiek, i on też najbardziej upodobał sobie grzyby. Pojawiał się ni stąd i zowąd i rzucał na grzyby z taką łapczywością, jakby chciał mieć je wszystkie tylko dla siebie i to w jednej chwili. Nie było to trudne. Grzybie kapelusze swoimi kolorami bardzo w tym pomagały. Wystarczyło tylko spojrzeć i grzyby same wchodziły ludziom pod oczy. Do tego grzyby nigdy nie były zbyt ruchliwe. Chodziły po nowe kapelusze, potem od czasu do czasu spacerowały leśnymi deptakami, żeby się w nich wszystkim pokazać i tyle.

W lesie rozpoczęło się polowanie na grzyby, a te nie potrafiły przeciwstawić się niebezpieczeństwu. Nigdy przecież nie musiały zajmować się takimi sprawami. Przed przyjściem człowieka, w lesie żyło się bezpiecznie i miło, a jedynym problemem było co zrobić, by stać się piękniejszym od innych. Teraz uroda i barwne stroje stały się dla grzybów obciążeniem. Im bowiem grzyb miał bardziej kolorowy i strojny kapelusz, tym bardziej rzucał się w oczy i tym mniej miał szans na uratowanie się. Grzybów z dnia na dzień ubywało, tak, że w końcu trzeba było wspólnie pomyśleć nad jakąś skuteczną obroną.

Zebrały się więc grzyby na wielkiej polance w środku lasu, po kilku z każdej rodziny i zaczęły radzić. Różne padały pomysły. Jedni proponowali uciekać z lasu tam, gdzie człowiek jeszcze nie dotarł. Inni, ci, którym nie chciało się daleko ruszać, zastanawiali się, czy nie przenieść się na czubki drzew, po których ludzie przecież nie chodzą. Był nawet pomysł, żeby, zamiast na drzewa, schować się pod ziemią, bo to bliżej. Nie brakowało też projektów, by dogadać się ze zwierzętami, które będą ludzi od lasu odpędzać. Pomysłów było dużo, jednak grzyby nie potrafiły zdecydować się na wybór któregoś z nich. Krzyczały i kłóciły się coraz bardziej, a niektóre, te bardziej krewkie, zaczęły się popychać i szarpać, aż kapelusze spadały na ziemię. Zobaczył to jeden z najstarszych grzybów. Już chciał krzyknąć na awanturników, ale ci bez kapeluszy znikli mu z oczu. Wypatrywał ich, ale na próżno. Pomyślał wtedy głośno, że może najlepiej zmienić kapelusze na mniej barwne, takie, które mogą pomóc w schowaniu się przed ludźmi. Sposób obrony uznano za teoretycznie dobry, ale rezygnacja z kolorowych kapeluszy nie chciała się pomieścić w grzybich głowach. To jak wyparcie się własnego nazwiska. Krzyczano nawet, że lepiej zginąć niż poświęcić rodzinne barwy. A klan muchomorów stwierdził, że jeśli już trzeba cos poświęcić, to nie kapelusze, a zapach i smak. I tak do niczego grzybom nie jest to potrzebne, a jeśli wszystkie będą cuchnęły tak samo to nie będą tego nawet zauważać. Podobno ludzie nie lubią smrodu, to i nie będą się uganiać za niesmacznymi i śmierdzącymi grzybami.

Dyskusja trwałaby pewnie jeszcze długo i kto wie czy nie skończyłaby się wspólnym dla wszystkich sposobem ochron y, gdyby na polance nie pojawili się ludzie i nie rzucili na obradujące grzyby, ładując je garściami do koszyków. Tylko dzięki temu, że trawa przysłoniła przed ludzkimi oczami niektóre grzyby, głównie te, które spadły strojne kapelusze, robocze pomysły z obrad dotarły w głąb lasu. Uciekinierzy przybywali jednak rozproszonymi grupami. Na pytania: „co robić” wskazywali jedynie te sposoby obrony, który najbardziej przypadły im do gustu. Do tego uratowali się tylko niektórzy i o wielu pomysłach nigdy się nie dowiedziano.

Sytuacja była groźna. Dlatego w obawie o swoje życie mało które grzyby nie zdecydowały się na maskujące kapelusze, które, choć brzydkie i nijakie, dawały największą szansę na przetrwanie. Zaczęły więc grzyby pozbywać się z szaf ekstrawaganckich strojów, radzić jakie kapelusze wybrać, żeby jeśli już nie kolorem, były chociaż ładne kształtem.

I tak pojawiły się w lesie bure i brązowe grzybie plamki. Tylko muchomory, którym ludzie porwali najukochańszego dziadka, postanowiły się zemścić, choćby za cenę życia. Swoje kapelusze jeszcze bardziej urozmaiciły i upiększyły, wkładając za pazuchę wszelakie trucizny, jakie tylko w lesie spotkać można. Ludzie, nie mogąc znaleźć innych grzybów, zbierali muchomory, a te, wylewając z buteleczek tajemnicze substancje, zatruwały ludziom jedzenie. Nieraz i parę osób naraz od muchomorzej zemsty ginęło. Ginęły i muchomory, ale żądza pomsty wymagała ofiar. Większość grzybów nie pochwalała takiego skrytobójstwa, zmiana kapeluszy i chwilowy spokój sprawiły, że szybko zapomniano o wcześniejszych okropnościach, jakich w lesie dokonywali ludzie. Niektóre z grzybów tak bardzo nie chciały mieć z muchomorami do czynienia, że powchodziły na gałęzie drzew, albo między ich korzenie. Byle dalej. Szybko o nich zapomniano, i tylko czasem w leśnych bajkach słuchać można o grzybach, które mieszkają wysoko na drzewach.

Jednak po czasie okazało się, że to właśnie muchomorów jest na wierzchu. Ludzie szybko ustalili, że smaczne grzyby poprzebierały się i nie ma co gonić za kolorowymi, trzeba szukać brązowych i burych. Na niewiele zdała się grzybia mądrość,  bo  człowiek też się wycwanił. 

 

Komisarz ruchem ręki przywołał przewodniczącego komisji. Potrzeba wyłączenia się z egzaminowania była bezsporna. Foma wolał nie wiedzieć, co jako autor, tak naprawdę miał na myśli…

Opublikowane w: on poniedziałek, 28 lipiec 2008 at 15:58 Komentarze (27)

Adres URI TrackBack do wpisu to: http://komisarzfoma.wordpress.com/2008/07/28/hat-trick/trackback/

Kanał RSS z komentarzami do tego wpisu.

Komentarzy: 27 Leave a comment.

  1. Po kiego grzyba im to było :?

  2. Czy to był egzamin z mykologii?

  3. Zdaje się jednak, że z polskiego…
    Moon, witaj w niskich progach komisariatu!

  4. Myślę, że przede wszystkim komisarzowi należą się wyrazy uznania za dążenie do bezstronności i obiektywizmu komisji egzaminacyjnej :)

  5. foma
    Muszę sobie trochę doczytać, co to za komisariat jest… :)

  6. Moon, komisariat ds. intelektualnych nadużyć… Intelektu w bród, można nadużywać ;)

    Quake, to było oczywiste zachowanie… :lol:

  7. Dodam jeszcze i może przyda sie to wszystkim śledczym, że mieszkając w stumilowym lesie – zbieram grzyby przed którymi wszyscy uciekają i od lat je zjadam. Grzyb nazywa się lejkowiec dęty, ma postać czarnej, dużej kurki.
    Francuzi przewrotnie nazywają go: “trompette de la mort” (trąbka śmierci). To właśnie ten grzyb zakamuflował się najlepiej. Przeto nikt go nie zbiera, a ja mam go poddostatkiem. Jest pyszny, prawie jak rady komisarza Fomy.

  8. :roll:

  9. Z kapelusza wyciągnięte…

  10. A w jakim kolorze kapelusz?

  11. Elegancki cylinder mistrza ceremonii pogrzebowych

  12. Imć Grabaż we własnej osobie…?

  13. Palimeryk (copyright by S. Barańczak)

    Wypełniony komisarz był palem,
    Który na wzrok nie wpływał mu wcale.
    Ostrość-myślał- spojrzenia,
    Chętnie zaraz wymienię,
    Na wspaniale wyostrzone bale…

  14. Nie ma to jak sztywny pal

  15. Pal niech się palem odciska -
    Tkwiąc na palu komisarz tak myślał.
    Jeden pal w sempiternie,
    Drugi sztywny cholernie,
    Łbem wilgotnym z daleka już błyskał…

  16. …mizernie!

  17. uuu krotochwilny zeen…

  18. Jednym słowem “Duży gorący grzyb”, jak w “W oparach absurdu” ;-)

  19. Przeczytało mi się: ‘bezradność, odwaga, hedonizm’;-) :-D

  20. Kto wie co się w lesie dzieje…

  21. Był las – nie było nas
    Będzie las – nie będzie nas
    I będzie w sam raz.

  22. Jak nie sprzątną lasu,
    cicho, bez hałasu…
    Na trumny dla mas.

  23. Albo na biopaliwo
    jak ich kto nie wykiwo.

  24. w “moim” lesie, a to park krajobrazowy nic się nie Za to wczoraj pogryzły mnie i psa mego szerszenie!Tajemnicze historie tu się zdarzają: np.”Historia Inków przez nich samych pisana” w pięknej oprawie i obwolucie leżąca na pniu. Wzięłam i czytam! :lol:

  25. Przepraszam komisarza, nauka w lesie :roll:

  26. Babko, jak w lesie, to nie poszła na straty. Ktoś inny przejdzie, weźmie i poczyta…

  27. a ja chciała dodać do”Zawodów”, ale jak to mam w zwyczaju czegoś nie wiem..Może zamiast kuli w łeb ująć nóżkę i w paluszek pocałować na dobranoc ?
    Zawszeć to mniejszy upust krwi, najwyżej.. zawrze..
    :oops:


Leave a Comment