Liryk
Liryk to było zupełne zaskoczenie Jo dzieli się się swojej koleżance wrażeniami z poprzedniego wieczora. Podnoszę głowę, zainteresowany relacją. Na tyle głośną, że trudno ją uznać za zwierzenia na ucho. Widzi moje zaciekawienie i zaprasza, żebym przysunął się jeszcze bliżej. Robię trzy kroki w jej stronę. Po Michałku czy Kukułce od razu wiadomo czego się spodziewać ciągnie Jo. A z tym, pełne nieznane robi pauzę, jakby przerzucała kilka kartek w pamięci, zastanawiając przy tym, w którym miejscu zacząć następny fragment historii. Taki odlot? pytam. Czy odlot? zastanawia się. Momentami może rzeczywiście odrywa od ziemi Jo ostrożnie dobiera słowa. Widzisz, mówiłam, że warto wtrąca jej koleżanka, Ann czy jakoś tak. Szybko robię trzy kawy z baileysem, zapowiada się pasjonująca opowieść.
Początek taki jak zwykle, mleczno-czekoladowy. Nic szczególnego w sumie mówi, jakby ją to nie zaskoczyło. Spokojnie można przerwać i żaden żal, że coś wielkiego cię ominęło nie będzie przeszkadzał zasnąć. Jo powoli rozwija wątek, niczym cukierek z szeleszczącego papierka, do którego wcale jej się nie spieszy. Ale jak już się przebiło przez to kiczowate złotko i czekoladową polewę… – To? nie może wytrzymać Ann. To po tym całym rytualnie nudnym początku dopada cię kremowy środek. I to jaki! Ach, ach, uwodzący, pełen głębi i oddania! Brzęk porcelany. Ann niemal nie przewraca filiżanki. Chyba nie tego się spodziewała, nie tego tempa, nie tej bezpośredniości opisywania po. Liryk to nie żaden rozlazły Bałamutek czy niezdecydowany Manille, którego cały czas trzeba mocno trzymać wpół, by się nie rozpadł Jo nabrała rozpędu, chyba nic nie mogłoby jej teraz przerwać. Nie! Jest al dente i au naturel. Skondensowana słodycz. Zaczepna, balansująca na granicy, ale w taki wypracowany, przemyślany sposób, trzyma się po wewnętrznej. Uroczy, choć chciałoby się, by przestał się kontrolować i porwał. Obserwowanie zasłuchanej i niedowierzającej Ann to przyjemność sama w sobie. Jo chyba też dostrzega efekt, jaki wywołuje u koleżanki. Nie piankowa, gładka masa, jak dla małych dzieci… – A…? widać, jak Ann zaczyna żałować, że umówiła Jo z Lirykiem zamiast sama się z nim spotkać. Z wyczuwalnymi grudkami zaskakuje nas Jo. - Grudki? robię zdziwioną minę. Aha Jo uśmiecha się tajemniczo. Samodzielnie przesuwają się po języku, pocierają o podniebienie, łaskoczą, drażnią, pobudzają… – Malutkie porcje słodyczy? szukam potwierdzenia swojego wyobrażenia. Właśnie zgadza się Jo. Po jakimś czasie nie wiesz, czy uznać to za pieszczotę czy za coś denerwującego. Powoli oswajasz się, przyzwyczajasz do obecności, oczekujesz czegoś więcej…- A tu nic z tego strzelam. Uśmiecha się potwierdzająco, jakby przez cały czas czekała na moment. Ciągła faza obietnic? pytam. Jo kręci przecząco głową. Rozchorował się? pyta Ann, na wszelki wypadek już współczująco. Gorzej. Patrzymy na Jo zdziwieni. To co? nie może wytrzymać Ann. Po prostu znika Jo robi minę, jakby w ogóle ją to nie zaskoczyło. – Jak znika? Ann wydaje się nie dowierzać. – Bez śladu. Rozpływa się w ustach i ciach. Znika, zabierając wspomnienia tego co było. W głosie Jo próżno szukać rozczarowania. Wiesz, że coś było, pamiętasz, że było miło, odnajdujesz jakieś pojedyncze wrażenia, ale nic więcej. – Może trzeba być bardziej liryczną, żeby został? zastanawia się Ann. - Może. Choć wątpię Jo uśmiecha się do Ann jak starsza siostra. Ann nie wydaje się przekonana naszym sceptycyzmem. To go sobie weź proponuje jej Jo. Sprawdzony jest wybuchamy śmiechem. O ile się jeszcze kiedyś pojawi zauważam. Nie sądzę mówi Jo i przesuwa pustą filiżankę w moją stronę. Koniec opowieści.
Wyprawa do źródeł herbaty
- I po herbacie – jęknął barman, przeglądając puste puszki w poszukiwaniu cennych liści.
- Trzeba ruszać – zawyrokował Ryś znad wczorajszej gazety.
- Gdzie ruszać? – zainteresował się Bobik, któremu od kilku dni dokuczała bezczynność.
- Do źródeł herbaty – wyjaśnił Ryś. – W gazecie piszą, że zimą najlepsza herbata rośnie na południowym stoku Bieguna Północnego, od strony Indii, na granicy z Cejlonem.
- No to idziemy – zawyrokował Bobik. – Tylko chwila na spakowanie i widzimy się pod wiązem.
*****
Naprędce zorganizowana Wyprawa ruszyła chyłkiem. Ciepły bar z każdym krokiem coraz mniej grzał w plecy. Cel – Biegun Północny – jeszcze nawet nie majaczył na horyzoncie. Ciemna noc skrywała wszystko: horyzont, krajobraz, kierunek, zapasy i uczestników. Nawet świt krył się przed mrokiem, z rzadka dając o sobie znać to z jednej, z drugiej strony drogi, którą podróżnicy podążali do Indii. Śnieg skrzypiał, mróz szczypał w uszy. Herbata czekała na swoich odkrywców. Godzina mijała za godziną.
Milczeli, oszczędzając słowa na później. Nigdy nie wiadomo, kiedy będą bardziej potrzebne. Miny mieli schowane pod szalikami. Choć gnało ich radosne podniecenie, czuli, że najtrudniejsze dopiero przed nimi. Dlatego, by nie zgubić drogi, wybierali najmniej przyjazne ścieżki, najbardziej śliskie trakty, najbardziej przerażające skróty. Zbliżali się, ale wciąż byli bardzo daleko.
Z każdą przewędrowaną godziną plecak ciążył barmanowi coraz bardziej. Świt nie nadchodził, jakby utknął gdzieś w zaspie. Było ciemno, a plecakowa wachta Rysia pozostawała równie odległa, jak na początku nocy.
- Cholera – mruczał pod nosem barman – jak tak dalej pójdzie, to padnę, nim zdążymy wsiąść do balonu.
- Może poniosę plecak? Do balonu jeszcze daleka droga, a świtu ani widu, ani słychu – nieoczekiwana propozycja wyrwała barmana z myślowego odrętwienia.
- Kaflowy, ty tutaj? – zdziwił się barman. Nawet zapomniał się ucieszyć w dwójnasób, z obecności Kaflowego i z możliwości zdjęcia z ramion brzemienia. Póki co uśmiechał się tylko dla towarzystwa.
- Sofia wysłała mnie za wami. Na wypadek, gdyby Wyprawa okazała się bardziej mroźna niż zapowiadają. Bo z tymi prognozami to nigdy nie wiadomo, w którą stronę się sprawdzą.
Stara mądra Sofia… pomyślał o sofie, ciepło, wbrew synoptykom, barman. Niby tak w kątku, z boczku, a jak co do czego, to wszystko przemyśli i tak doradzi, że trudno się obejść.
- Nawet nie wiesz jak się cieszę. Inni już wiedzą, że jesteś?
- Nie. Noc tak gęsta, że gdyby nie zapach kawy, nigdy bym was nie znalazł. A że ja kawy nie pijam, to mnie trudno wyczuć.
- Niech no się tylko rozwidni… – szepnął, uśmiechając się łobuzersko barman.
- Niech no – dołączył do życzeń Kaflowy. – Ale się nie zanosi, niestety.
- Trzeba działać – zdecydował barman. – Gdzieś w plecaku powinny być puste słoiki. Noc najlepiej pakuje się do słoików.
Rzecz trwała tylko kilka sekund. Dobry plan i konsekwencja w realizacji zrobiły swoje. Udało się bardziej, niż mogli się spodziewać. Czerń nocy kłębiła się w słoikach niczym kawa bez niczego. Świt wychylił głowę zza nogawki Rysia, a rozbudzony dzień sprawiał wrażenie zupełnie zdezorientowanego. Wszyscy mrużyli oczy, nawet nadchodzące południe.
- No to pierwsze koty za płoty – podsumował filozoficznie Bobik i napił się kawy z termosu.
- Już widać balony – zakomunikował Ryś, nie odrywając lornetki od oczu. – Ale teraz, w czwórkę z Kaflowym, trzeba będzie porwać największy balon.
- W piątkę – sprostował jakiś cieniutki głosik. ć siedziało na plecaku i machało kreseczką nad. – No co? To moja wina, że mnie tak szybko barman znalazł i wyprawę sprzed nosa sprzątnął? Ale ze mną nie ma tak łatwo. Jak się na coś nastawię, to do ostatniej strony będę gonić po swoje.
- No to zdecydowanie największy balon jest nam potrzebny – podsumował Ryś.
tej zimy tej zimie tę zimę
Biało. Tylko pomarańczowy parasol próbuje ożywić ulicę. Pada. Płatki śniegu zsuwają się po napiętym materiale, jakby zjeżdżały z górki na sankach. Samotna, kolorowa wyspa, wynurzająca się z białego oceanu. Nieoczekiwana barwna plama na monochromatycznym landszafcie. Nieproszony gość, przemykająca u dołu ekranu postać z innej bajki. Kaczątko u królowej śniegu. Powyżej zaśnieżone dachy wcinają się skosem w ostatnie piętra kamienic. Góry zagubionego w zimie miasta, pełne wypełnionych lodem szczelin między cegłami. Jęzory rynien, żleby okien, uskoki balkonów, przesuwające wzrok od szczytów do podnóży. Schodzący lawiną gradient bieli, od czystej na górze, do dotkniętej lekką szarością u stóp. Pustka jak przed sezonem, choć czuć wyczekiwanie na gości. Chodnik, niby ścieżka w dolinie, wije się niebezpiecznie blisko ulicy. Drobne, wykruszone ze skał kamyczki starają się uchronić przed upadkiem. Ścięta lodem asfaltowa rzeka nie zachęca do podróży. Zatrzymane w połowie wnoszenia się fale kolein ostrzegają śmiałków przed brawurą. Wiry zapadniętych studzienek zwiastują niebezpieczeństwo. Krawędzie krawężników, oderwanych i porzuconych na brzegach kier, raz ostre, raz przysypane bezużytecznym śniegiem, przypominają o nocnym kursie pługa-lodołamacza. Bardzo odległym. Świst wiatru, tańczący śnieg, styczeń rano.
Wciąż biało, choć pomarańczowy parasol nie jest już sam. Kilka metrów przed nim pojawia się drugi, zielony. Dwa niepasujące do krajobrazu kwiaty. Po chwili przyłącza się trzeci, czwarty, piąty. Następny i następny. Barwne przebiśniegi. Co raz to kolejny przykuwa uwagę. Otwierają się, jeden po drugim, jakby chciały zawłaszczyć dolinę, przegnać biel, przynajmniej w jednym miejscu. Przyciągają się, łączą, tworzą coraz większy, coraz bardziej kolorowy bukiet. Falują, nie pozwalając osiąść na sobie uparcie spadającym, niepozornym białym płatkom. Uliczny stragan z kwiatami, czekającymi na nabywcę. Napięcie. Czy się pojawi? Czy dostrzeże w tej bieli? Czy się zatrzyma i zabierze ze sobą? Czy nie utknie na wystającej z toni skale, nie roztrzaska się, nie zatonie? Niepewne o swój los kwiaty na mrozie. Wyczekiwanie, nieco obojętne, nieco walczące z sennością, ciągnące się według własnej miary czasu. Wreszcie jest. Sunący żółty prostokąt, zbliżająca się głośno obietnica ciepła. Magnetyczny biegun koloru, przyciągający barwne cząstki. Zatrzymuje się, zabierając jeden kwiat po drugim. Układa je po swojemu, tuli, przyciska, przysłaniając w kadrze ich składające się pąki swoimi ramionami. I odjeżdża, zostawiając za sobą niezmąconą biel. Zwycięską biel autobusowego przystanku.
tom II, rozdział 29
Z dziejów barowania
tom II (Pułapki)
* Kiedy barman zapomina: się i po której stronie baru ma stać *
Trudno o większą katastrofę niż wtedy, kiedy barman zapomina po której stronie baru powinien się znajdować. Nie, żeby nie mógł zza niego wyjść, nie żeby nie mógł się przysiąść do czyjegoś stolika na lampkę czerwonego i chwilę rozmowy. Ale jeśli tego czerwonego ma być więcej, a chwila dłuższa, barman powinien oddawać się prywacie poza barem, a bar oddać w opiekę komuś godnemu zaufania.
Pozostając na miejscu, barman tworzy złudne wrażenie porządku i bezpieczeństwa. Pół biedy, kiedy nie dzieje się nic szczególnego, gorzej, kiedy zaczyna się dziać, a barman nie reaguje. Kompromitacją jednak jest, kiedy w sytuacji wymagającej walnięcia w łeb barman znajduje się po stronie niewłaściwej. Nie ma bowiem dla barmana nic gorszego niż zawieść zaufanie gości, pozwalając, by w miejscu, za które jest odpowiedzialny, komuś stała się krzywda.
Kiedy więc barman znalazł się po niewłaściwej stronie, a sytuacja potoczyła się w sposób najgorszy z możliwych, pierwsze co barman musi zrobić, to trzeźwo dostrzec co się stało, wziąć całą odpowiedzialność na siebie, opatrzyć rany, posprzątać co się da i nie udawać, że nic się nie stało. A potem nie oczekiwać zbyt wiele i cieszyć się, jeśli nie utraci koncesji na bar.
———-
ps. mimo barowej konwencji tekst jest jak najbardziej a propos i na poważnie
dziś, wyjątkowo, kwiaty tutaj
Młynek kawowy
Co robisz? pyta La zdejmując kurtkę i rozcierając zmarznięte policzki. Mielę sobie pokazuję ręczny młynek. Metalowa, wygięta w es korbka z czarnym uchwytem, ciemny, drewniany korpus z szufladką, miedziane okucia na kantach. Wytarcia i wgłębienia po tysiącach użyć. Trwająca lata solidność bez ekstrawagancji. Ale dlaczego ręcznie? Wrzuć ziarna do ekspresu, nastaw co tam trzeba, będziesz miał mielenie z głowy. La jak zwykle usprawnia świat trzema prostymi ruchami. Wrzucenie, zmielenie, kawa. Ciekawe, czy wszyscy tak mają czy tylko ona. A może to ja komplikuję, wszędzie szukając złożonych wzorów? Może, jak uważa La, wystarczy zrobić dwie-trzy rzeczy, żeby wszystko było szybciej, piękniej i lepiej? A ja w tym czasie co? pytam. Skoro wszystko ma załatwić ekspres… Przestaję mielić. Niech La w spokoju wymyśli coś ciekawego. Kładę młynek na blacie, lekko postukując weń z każdej strony. Ostrożnie wysuwam szufladkę, zapach oszałamia na kilka sekund. Brązowy proszek tworzy zgrabną piramidkę, w sam raz na pękaty tygielek.
Możesz poświęcić mi swoją uwagę oznajmia wreszcie La. Przecież poświęcam odpowiadam nieco zdziwiony. Rozmawiamy. Kawę ci zaraz zrobię… La przechyla się przez bar i przygląda uważnie piramidce. Tyle kawy musiałeś mielić z pół dnia stwierdza więc może wcale nie dla mnie? dorzuca podejrzliwie. Nie pół dnia, tylko pół godziny, może krócej wyjaśniam. Widzisz, poświęcałem ci uwagę zanim się zjawiłaś uśmiecham się szeroko. I ile by to mielenie nie trwało, kawa jest dla ciebie. – Jasne nie wierzy. Albo droczy się. Po La nigdy nie można poznać, które z dwóch. No co? Gdybym teraz zaczął piłabyś kawę dopiero za kwadrans. – Ale komuś innemu mogła się trafić szuka dziury w całym, tym razem całkiem słusznie. Mogła przyznaję. Ale ty przyszłaś, więc jest dla ciebie. Taka magia sprowokowanego przypadku. – To ja nie wiem, czy taką chcę La podnosi się z krzesła. Nie wygłupiaj się. Jak z młynka jest trefna, to zrobię taką po twojemu. Wyrzucam zawartość szufladki do donicy z krzewem kawowym i wsypuję do ekspresu garść ziaren. Proszę stawiam przed La filiżankę z espresso. Fakt, tak jest lepiej, piękniej, a już na pewno szybciej.
Frugo z miętą
Nie możesz wyrzucić tego tam? pyta z młodzieńczym brakiem wyczucia Pryszczaty. Za co? pytam z kolei ja. Pryszczaty gubi się w natłoku powodów. Dla niego może wystarczających aż nadto, dla mnie nie. Bo co z tego, że ktoś jest podobny do, a może nawet to właśnie ten. Co z tego, że kiedyś coś, a może nawet jeszcze teraz. Jak się chwilę zastanowić, to każdy komuś coś. Czy to ma wystarczyć, bym od razu za frak, za drzwi i w niebyt? Może w twoim barze by wystarczyło, ale nie w moim kończę temat i sadzam Pryszczatego na miejsce.
Ten tam spokojnie pije swoje piwo z miętą i nic nie podejrzewa. Nie wie, że jest podobny do, choć może wie, a może nawet jest tym kimś, który kiedyś coś. Nie wie, że ktoś mu czegoś nie zapomniał, że dalej chce dać upust swojej niechęci, urazie czy czemu tam jeszcze. Dla niego teraz liczy się tylko bar, piwo z miętą i poczucie, że jest tam, gdzie powinien, a przynajmniej, gdzie nic złego nie może mu się stać. Niech ci na zdrowie idzie mówię do jego pleców. Nawet jeśliś na to nie zasłużył.


