trzy tuziny krówek ciągutek

Styczeń 5th, 2012 § 5 komentarzy

Jako młody kajtek, razem z dwoma starszymi kuzynami, spędzałem całe lato na wsi. We trzech dzieliliśmy swoje pomysły i strachy.
Czasem trafiała się nam do podziału garść, dwie garście, albo i pół worka cukierków. Różnych. Raczej zwykłych, bliższych kukułkom czy galaretce w cukrze niż czekoladowym pralinom. Niby smaki z dzieciństwa zostają na całe życie, te jakoś nie wryły się w pamięć. Co nie znaczy, że były kiepskie. Czasem były, czasem nie, ale to akurat bez znaczenia. Ważne, że ile by tych cukierków by nie było, dzieliliśmy je po równo na nas trzech. Czasami trzeba było dać innym po kilka w ramach podzięki albo zachęty na przyszłość. Najczęściej szły na to niepodzielne końcówki, z którymi trzeba było coś zrobić, albo zaczynało się od większej ilości kupek, by po trzech-czterech kolejkach rozkładania po wszystkich dokładać cukierki tylko na trzy nasze. Zwykle jednak każda ilość była postrzegana w ten sam sposób: ile z niej przypadnie dla mnie, gdy całość podzieli się przez trzy.

Trzydzieści sześć to równo trzy tuziny krówek ciągutek. Po tuzinie dla każdego. Niech będą krówki, bo teraz są i wtedy były na pewno. A nawet jeśli przemycam do historii wymyślone krówki, a naprawdę potrzebna mi ich nazwa, charakter, ciągutkowość, cokolwiek to znaczy, która przecież tylko z krówkami, nie zmienia to faktu, że trzydzieści sześć zgrabnie dzieli się przez trzy i wynikiem jest okrągły tuzin. W tym jednak przypadku na mnie przypadają wszystkie trzy tuziny. Dzieli się wszak przez tyle ile jest, a konkretem jest trzydzieści sześć i ja. Trzy jest jedynie wspomnieniem. Jak krówka przywołanym jedynie po to, by spełnić swoją rolę w wymyślonej historii bez początku, końca, bohaterów i konkretów.
Rezygnując z niewyraźnej całości i zagłębiając się w szczegóły, konteksty, metki i daty odkrywa się, że coś, co odległe jedynie o przymknięcie oczu, było aż tak dawno temu, a ostatni rok właściwie niczego nowego nie przyniósł, choć przecież przyniósł na pewno. Między tym co wtedy, a tym co teraz wisi most, zadziwiający w swojej zmieniającej się długości. Tak jak połowę krówki która trafiła do ust, a jej drugi koniec, trzymany delikatnie w palcach, żeby nie rozgnieść, łączy ciągnący się most z karmelu, który tylko patrzeć jak spadnie pod swoim ciężarem.

Trzydzieści sześć mostów wtrąca La. Nie możesz po prostu powiedzieć, że tęsknisz za tym co było i że było tak dawno? mówi. Nie, nie mogę odpowiadam. To by było zbyt proste.

w tym roku nie będzie bożonarodzeniowego wpisu

Grudzień 21st, 2011 § 11 komentarzy

Tradycje, poza tym że zobowiązują i trwają, mają swoje początki.
Mają też swoje końce.
Tak jak początkiem tradycji może być brak pomysłu na nowe i sięgnięcie po to co już było, już było, tak końcem tradycji może być brak pomysłu na nowe i niesięganie po to co już było, już było. W jednym i drugim przypadku brak nowego kształtuje świat. W jednym i drugim przypadku o efekcie braku nowego decyduje otoczenie, jego reakcja. Lub częściej jej brak. Brak decyduje o wszystkim.
Wszystkiego dobrego.

zima idzie

Grudzień 7th, 2011 § 10 komentarzy


szarość niesie

że myśli

Listopad 18th, 2011 § 19 komentarzy

że myśli zamarzają powyżej zera to nowina

jestem twórcą konceptualnym

Październik 15th, 2011 § 31 komentarzy

Jestem twórcą konceptualnym mówi i aż dziwne, że nie dodaje
czytam Time i Epokę, pijam tylko Ballantine’a, palę Winstony, zdejm kapelusz. Aż mnie świerzbi, żeby rozlać mineralną na tym jego kaszmirowym polo pod odcień skóry i idealne kanty spodni, 100% wełna z kaszmirem, ewentualnie zamiast kaszmiru jedwab, butów całe szczęście nie widać. Kawa zrobiłaby lepszy efekt, ale kawy nie zamówił, sam akurat nie piję, trudno. Poza tym trzeba uwzględniać koszty. I wyczuć czas.

Bo też jestem twórcą konceptualnym, a niech tam, jestem. Nieraz nawet bardziej takim niż jakimkolwiek innym. Przypominam sobie o tym kiedy przypadkiem trafiam na jakiś stary szkic, zarys albo konspekt fragmentu rzeczywistości w jednej z jej wersji idealnych, bo właśnie takiej formy ode mnie oczekiwano. Miesiąc temu, dwa, pół roku temu, rok. I miesiąc temu, dwa, pół roku, rok ów szkic, zarys albo konspekt, czasem wzbogacony o możliwą kolorystykę, grafiki, role i miejsce wracał witany zdziwieniem, uznaniem, potrzebą zastanowienia się, obietnicą, co tam jeszcze.

Teraz nawet nie wstawiam dat, by liczyć czy miesiąc temu czy rok.

Rzeczywistość w szkicu nadal jest idealna, może dopiero teraz tak wyraźnie to widzę. Jej przybliżony obraz, możliwy byt w zarysie, choć przecież nie o zarys chodziło, kusi bardziej niż wędzony wąż z jabłkiem w zębach na białej porcelanie, żadnych sztućców, taka przystawka po przyjeździe, nic wyszukanego, ale oczywiście może być coś innego, nie mam zamiaru się upierać, niektórzy mogą to uznać za zbyt śmiałe… Koniec przypisu.

Dlatego na to kaszmirowe polo i spodnie akurat mineralna. W którejś z wersji idealnego fragmentu rzeczywistości.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.